Filmy

Podlasie na Netflixie: wioska wymyśla kosmitów, żeby uratować wesele, na które nikogo nie stać

Na wschodzie Polski zbiorowa wyobraźnia to jedyna infrastruktura, której jeszcze nikt nie zlikwidował
Martha O'Hara

Komedia Podlasie jest ciepła, absurdalna i strukturalnie precyzyjna — a to, co robi pod kręgami w zbożu i tekturowym statkiem kosmicznym, to budowanie argumentu o tym, kto ma prawo przetrwać w wiejskiej Polsce i na jakich warunkach.

Jest w premisie Podlasia chwila społecznej logiki, którą łatwo pomylić z puentą. Mała wioska na Podlasiu — województwie o najniższej gęstości zaludnienia w Polsce, regionie prastarych lasów, prawosławnych cerkwi i demograficznej ciszy, która pogłębia się z roku na rok — staje wobec kryzysu finansowego zagrażającego weselowi jej najbardziej ukochanej mieszkanki. Odpowiedź wspólnoty: wycisnąć kręgi w polach pszenicy, zainscenizować lądowanie kosmitów i czekać, aż przyjdą pieniądze od turystów. Absurd jest prawdziwy i komedia jest szczera. Ale logika jest równie precyzyjna: to właśnie mają społeczności ze wschodniej Polski. Nie inwestycje, nie wsparcie instytucjonalne, nie rozwój gospodarczy, który zatrzymałby ludność w wieku produkcyjnym. Mają siebie nawzajem — i to, co są w stanie razem zbudować z dostępnych materiałów.

Dla polskiego widza ta premisa nie wymaga żadnego tłumaczenia. Podlasie nie jest egzotyczną lokalizacją — to konkretna rzeczywistość, którą znaczna część widowni zna z pierwszej ręki lub z opowieści rodzinnych. Polska wschodnia jest miejscem, o którym się mówi w debatach publicznych jako o Polsce B, miejscem, z którego się wyjeżdża, miejscem, które zostaje. Napięcie między tymi, którzy wyjechali, a tymi, którzy zostali — między Warszawą a resztą kraju, między ambicją a przywiązaniem, między nowoczesnością a tym, co istnieje od pokoleń — jest napięciem, które każdy Polak rozumie od środka, niezależnie od tego, po której stronie się znalazł. Wioska w Podlasiu nie jest dla polskiego widza wyobrażonym miejscem. Jest lustrem.

Podlasie jest bezpośrednią kontynuacją Nic na siłę, polskiej komedii romantycznej Netflixa z 2024 roku, która przedstawiła tę społeczność i, co ważniejsze, parę w jej centrum: Halinę Madej (Anna Seniuk) i Jana Perzynę (Artur Barciś). Tamten pierwszy film był strukturalnie historią Oliwii i Kuby — młodej szefowej kuchni zwabionej podstępem z powrotem na farmę babci, przystojnego rolnika z tajemnicą. Ale publiczność, która pozostała z filmem najdłużej, to publiczność, która została dla Seniuk i Barcisia — dwojga aktorów po siedemdziesiątce, których relacja była traktowana przez scenariusz jako emocjonalny fundament całej wspólnoty. Gdy Nic na siłę dobiegło końca, młodzi protagoniści mieli swoją historię miłosną. Starsi protagoniści mieli coś trwalszego: uczucie widzów tak specyficzne i tak głębokie, że sami aktorzy naciskali na scenarzystki, by sequel skupił się na ich postaciach. Dostali dokładnie to, o co prosili.

Anna Seniuk od sześciu dekad jest jedną z centralnych postaci polskiego kina i teatru. Ukończyła Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie, współpracowała z Andrzejem Wajdą, wystąpiła w Europie Europie Agnieszki Holland, przez lata związana była z Teatrem Narodowym w Warszawie i równolegle zbudowała całą karierę w radiu i dubbingu. Polska Akademia Filmowa opisuje jej definiującą cechę jako zdolność do namalowania pełnej, bogatej postaci zaledwie kilkoma pociągnięciami pędzla. Halina Madej nie jest złożoną postacią w literackim sensie tego słowa. Jest kobietą, której funkcją w społeczności jest bycie jej ciepłem, i Seniuk gra to z autorytetem kogoś, kto rozumie, że ciepło — właściwie użyte — jest formą władzy.

Komizm Artura Barcisia pochodzi z zupełnie innej tradycji. Jego najwyżej oceniana przez krytykę wczesna praca to Dekalog Kieślowskiego, gdzie pojawiał się przez dziewięć odcinków jako różne postaci — motorniczego tramwaju, kajakarza, mężczyzny z walizką — funkcjonując jako powracająca obecność, której znaczenie widz dedukuje, a nie otrzymuje gotowe. Kieślowski używał go jako obserwatora, który widzi, co się dzieje, i milczy. Jan Perzyna jest strukturalnym przeciwieństwem tamtych postaci: mężczyzna całkowicie zakorzeniony w swojej społeczności, który widzi, jak plan z kosmitami rozgrywa się wokół niego, i uczestniczy w nim z pełnym przekonaniem kogoś, kto postanowił, że miłość jest lepszym powodem niż rozum. Barciś gra to z uniesionym brwiem i kontrolowaną pauzą — komicznym rejestrem człowieka, który pogodził się z dystansem między tym, co byłoby rozsądne, a tym, co właśnie się dzieje.

Obsada drugoplanowa to społeczna architektura wspólnoty oddana w postaciach. Cezary Żak, który przez dekadę grał u boku Barcisia w Ranczo — współpracy tak dobrze ugruntowanej, że polska publiczność obserwuje ich interakcje z przyjemnością patrzenia na znany mechanizm w działaniu — gra mieszkańca wioski, którego szczególna kombinacja przekonania i niekompetencji stanowi główne źródło zorganizowanego chaosu w filmie. Komiczny rejestr Żaka to buńczuczność pewności siebie w warunkach, które jej nie uzasadniają — a to właśnie jest potrzebne zbiorowej konspiracji i właśnie to ją rozsadza. Anna Szymańczyk i Mateusz Janicki jako młoda para Oliwia i Kuba wracają z pierwszego filmu z inną obecnością: jako ludzie, którzy przebyli już drogę z miasta na wieś i teraz obserwują następny akt wsi od środka. Byli punktem identyfikacji widza w pierwszym filmie; w sequelu należą do społeczności, którą obserwowali — co jest najcichszą i najcelniejszą rzeczą, którą robi Podlasie.

Tradycja gatunkowa, z którą film pozostaje w dialogu, rozciąga się na trzy precyzyjne współrzędne. Najbliższa jest Ranczo, długo emitowany serial TVP, który zdefiniował polską komedię wiejską w dekadzie między 2006 a 2016 rokiem — komedia zespołowa zbudowana na premisie, że spojrzenie z zewnątrz ujawnia to, czego społeczność nie może dostrzec w sobie. To, co Podlasie przejmuje od Rancza, to logika ensemble i satyryczne przywiązanie do zbiorowej samoorganizacji. To, czego odmawia, to mechanizm przybysza: turyści, którzy pojawiają się na końcu planu, nie są protagonistami. Są rekwizytami. Film nie ma żadnego zainteresowania perspektywą gościa na wioskę. Interesuje go wyłącznie perspektywa wioski na samą siebie.

Drugą współrzędną jest Local Hero, szkocki film Billa Forsytha z 1983 roku, w którym odizolowana nadmorska społeczność zamienia swoją własną marginalność w dźwignię wobec firmy naftowej, która chce ją wykupić. Gatunek, który oba filmy współdzielą — izolowana wspólnota, która używa swojej egzotyki jako broni — rozchodzi się dokładnie w kwestii tego, kto kontroluje spektakl. W Local Hero społeczność jest urocza; w Podlasiu społeczność świadomie produkuje swój urok, co jest pozycją bardziej aktywną i bardziej interesującą. Społeczności, które inscenizują siebie dla zewnętrznej widowni, nie są pasywnymi obiektami uczuć. Są aktorami dokonującymi wykalkulowanego wyboru dotyczącego tego, co pokazują i co zatrzymują dla siebie.

Trzecia współrzędna jest mniej widoczna, ale strukturalnie najważniejsza: tradycja polskiego kina, które używa wiejskiej wspólnoty jako odkrywcy społecznych prawd — od Konopielki Witolda Leszczyńskiego z 1973 roku, w której sama Seniuk grała jedną z najbardziej trwałych wiejskich kobiecych postaci polskiego kina, przez zaangażowanie polskiej nowej fali ze wsią jako przestrzenią, gdzie miejskie złudzenia nie przeżywały. Podlasie nie ma ciemności tamtej tradycji ani jej ambiwalencji wobec tradycji jako takiej. Ale dziedziczy po niej przekonanie, że wieś nie jest tłem. Jest argumentem. I robi to w sposób, który nie wymaga wyjaśnień dla widza, który tę tradycję nosi w sobie.

Socjologiczna rzeczywistość pod komedią nie jest ukryta. Podlaskie jest najsłabiej zaludnionym województwem w Polsce, miejscem, gdzie badania demograficzne identyfikują społeczności zbliżające się do progu żywotności — zbyt starzejące się, zbyt rozproszone, zbyt daleko od rynków pracy, które zatrzymałyby młodą ludność. Turystyka wiejska to ramy rozwojowe, które polityka regionalna stosuje do tego krajobrazu od dwudziestu lat, uznany substytut przemysłu na obszarach, gdzie środowisko naturalne jest jednocześnie atutem i ograniczeniem. Plan z kosmitami w Podlasiu nie jest fantastyczną odpowiedzią na te uwarunkowania. To same uwarunkowania, widziane od środka, przez ludzi, którzy postanowili traktować żart jako strategię.

Film ma premierę na Netflixie pierwszego kwietnia 2026 roku — data, która jest albo najbardziej odpowiednią możliwą dla historii o zorganizowanym zbiorowym spektaklu, albo zbiegiem okoliczności w kalendarzu produkcji, którego dział marketingu nie zmarnował. Reżyseruje Łukasz Kośmicki, którego kariera przemierzyła drogę od thrillerowego rejestru Zimnej wojny do lżejszej tonalności, którą wniósł do Nic na siłę, na podstawie scenariusza Katarzyny Goleni i Katarzyny Frankowskiej — scenarzystek pierwszego filmu. Producentem jest ZPR Media dla Netflixa w Europie Środkowej i Wschodniej, którego dyrektor ds. treści wprost mówił o strategii platformy polegającej na inwestowaniu w polską produkcję lokalną jako narzędzie krajowej lojalności i międzynarodowego odkrycia.

To, co komedia pod komedią mówi naprawdę, jest czymś, czego ciepło starannie unika wypowiadania. Kręgi w zbożu działają. Turyści przyjeżdżają. Wesele się odbywa. A wioska pozostaje dokładnie tym, czym była przed kosmitami: wspólnotą ludzi po siedemdziesiątce, sześćdziesiątce i czterdziestce, w regionie, który młode pokolenia opuszczają od dekady, którzy wybrali, żeby zostać, i nadają temu wyborowi sens przez jedyny dostępny mechanizm — siebie nawzajem. Plan nie rozwiązuje strukturalnych uwarunkowań. Komedia kończy się, zanim musi odpowiedzieć, czy solidarność — bez względu na to, jak szczera i jak ciepła — jest w stanie pokonać demograficzną arytmetykę. To pytanie jest tym, co Podlasie niesie aż do ostatniej klatki i pozostawia bez odpowiedzi.

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.

```
?>