Analiza

Osobowość Ozempic to nie skutek uboczny, lecz właściwy sens kuracji

Molly Se-kyung

Kongres medyczny w Stambule słyszy w tych dniach argument, że agoniści GLP-1 mogliby zrobić dla otyłości to, co spory sądowe o tytoń zrobiły dla palacza — przenieść moralny ciężar z jednostki na przemysł, który zaprojektował popyt. W popularnej prasie zdrowotnej formuje się równocześnie inny argument, mniej redakcyjny, bardziej świadectwo: pacjenci na tych lekach opisują spłaszczenie przyjemności, które wychodzi poza jedzenie — w seks, muzykę, taniec i podstawowe zainteresowanie towarzystwem innych ludzi. Obie historie leżą w innych działach tej samej gazety. Nie są to dwie różne historie.

To jest jedna historia opowiadana z dwóch krańców, a wniosek, który każda z nich trzyma poza kadrem, jest dokładnie tym wnioskiem, w którym żyje druga. Argument za przeniesieniem winy za otyłość z tłustego ciała na system żywnościowy przyznaje, że to, co nazywaliśmy siłą woli, było opisem rozognionego mózgu w wrogim otoczeniu. Argument, że kuracja ma koszt osobowości, przyznaje, że przyjemność z jedzenia i przyjemność ze wszystkiego innego biegną tym samym obwodem, a obniżenie pierwszej jest sposobem, w jaki obniża się drugą. Razem oba teksty ogłaszają coś, czego wygodniej byłoby nie ogłaszać. Moralna ekonomia ja, na której Zachód działa od dwóch stuleci — ta, która stawia wolę jako czytelną i decydującą część człowieka — była zbudowana na opisie fizjologii, którego nikt już nie ma prawa używać. Wola to to, co jest oddawane jako pierwsze, gdy układ nagrody staje się regulowany. Nie mamy jeszcze ramy zastępczej, a kulturowa rozmowa wokół Ozempicu jest tym miejscem życia publicznego, w którym ta luka się ujawnia.

To ma znaczenie, ponieważ rozmowa o GLP-1 nie jest już niszową sprawą zdrowotną. Rynek przesunął się od pacjenta z ciężką cukrzycą do ludzi, którzy kiedyś poszliby na siłownię, do ludzi, którzy zrobiliby dietę, do ludzi, którzy po prostu byliby trochę bardziej korpulentni niż ich rodzice i pogodziliby się z tym. Lek po cichu staje się odpowiedzią na to, czy człowiek codziennie wybiera być ciałem, które ma, czy wprowadzić się w ciało, które woli. Dla wielu jest to ulga; jest też wyrokiem. Mówi, że codzienna walka nie była ostatecznie sprawiedliwym egzaminem z niczego. Lek mówi w końcu, że jeśli twój reżim wellness ci się udał, to nie dlatego, że byłaś silniejsza od osoby, której się nie udał; byłaś spokojniejsza przy stole. Twój układ nagrody był mniej rozogniony niż jej. Godność oddana osobie, która nie mogła schudnąć, jest godnością odebraną twojemu wyobrażeniu o sobie jako o tej, której się udawało.

Esej Hagenaarsa i Schmidt prezentowany na Europejskim Kongresie Otyłości w Stambule formułuje czysto społeczno-medyczną wersję argumentu. Autorzy — Luc Hagenaars z Amsterdam UMC i Laura Schmidt z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco — przypominają, że agoniści GLP-1 nie obniżają tylko masy ciała; obniżają konkretnie ochotę na żywność wysokoprzetworzoną, klasę produktów, którą zdrowie publiczne wskazuje od dwóch dekad jako najbliższą przyczynę transformacji otyłościowej. Kiedy lek tłumi popyt dokładnie na tę kategorię, którą zdrowie publiczne już nazwało centralną patologią handlową współczesnego środowiska żywnościowego, dyskursowi o otyłości brakuje miejsca, żeby dalej obwiniać grubego. Ugody tytoniowe nie żądały moralnej rehabilitacji palacza; żądały publicznego rachunku z przemysłu, który celował w niego nikotyną. Era Ozempicu może być analogicznym momentem dla jedzenia, jeśli istnieje wola polityczna, by tak ją wykorzystać. Lek to klin; polityka to dźwignia.

Na tych samych stronach, gdzie ten argument jest wypowiadany, reportaże o osobowości Ozempic czyta się niemal tak, jakby napisano je po to, by go przerwać. Materiały w Washington Post i Boston Globe, wywiady z pacjentami, lekarze cytowani na temat tego, co dzieje się z ludźmi tracącymi apetyt na wszystko równocześnie z apetytem na jedzenie, są kronikami kuracji z rachunkiem. Pacjenci opisują siebie jako bardziej płaskich, mniej zainteresowanych, mniej poruszanych tym, co poruszało ich wcześniej. Badacz Daniel Drucker, który spędził dekady w biochemii tej klasy leków, mówi po prostu, że GLP-1 ściszają głośność tych rejonów mózgu, które są związane z przyjemnością. Otwarte pytanie kliniczne brzmi, czy leki działają bezpośrednio na receptory dopaminowe, czy też powodują, że sytość przychodzi wcześniej, a mózg odczytuje to przybycie jako globalny sygnał, by przestać chcieć rzeczy.

Szczegół ma znaczenie klinicznie. Ma mniejsze znaczenie dla argumentu kulturowego, który ląduje w chwili, gdy pacjentka siada w kuchni i zauważa, że muzyka, którą kochała, jest teraz tapetą, że koleżanki, których szukała, stały się opcjonalne, że partner, którego pragnęła, stał się osobą, którą docenia w sposób abstrakcyjny. Wspólny obwód miał to zrobić, gdy tylko mu pozwolisz. Historia, którą napisaliśmy na wierzchu, mówiła, że pragnienia jedzeniowe są porażką charakteru. Kiedy potraktowaliśmy te pragnienia lekiem, mogliśmy zobaczyć, co jeszcze robił ten sam ruszt — regulował, jak się okazuje, większość tego, co nazywaliśmy apetytem na życie.

Moralna ekonomia, którą to odkrycie zawstydza, jest starsza, niż większość czytelników myśli. Reżim sanitarny XX wieku, z liczeniem kalorii i bilansem energii-w-energii-na-zewnątrz, wziął kalwińską księgowość apetytu i przełożył ją na język fizjologiczny dla liberalnych demokracji, które potrzebowały niereligijnego słownika samodyscypliny. Zadziałało, w tym sensie, że miliony ludzi ułożyły wokół tego życie. Wytworzyło też, w fazie późnej, moralną hierarchię ciał, których fizyczna rzeczywistość — różnice metaboliczne, różnice układu nagrody, różnice środowiskowe — była schowana wewnątrz słownika woli. Lek odsłania ten słownik. Nie odbiera szczęścia żadnemu chudemu ciału i nie skazuje na medykację żadnego ciężkiego ciała. Tylko sprawia, że wcześniejsza opowieść wygląda na to, czym była: prowizoryczną.

Najsilniejsza wersja kontrargumentu nie jest farmakologiczną paniką influencerki wellness ani konserwatywnym lękiem o nowoczesne ciała przestające być ciałami. To argument, że rama postwoli jest sama w sobie błędem kategorii. W rękach najpoważniejszych obrońców brzmi mniej więcej tak. Siła woli nigdy nie była opisem nienaruszonego układu nagrody; była opisem relacji osoby z jej układem nagrody, a ta relacja była realna, była podatna na kształtowanie i czasem była różnicą między życiem spójnym a niespójnym. Dyskurs Ozempic miesza jedno — że część pracy przypisywanej cnocie była po cichu wykonywana przez spokojny podwzgórze — z czymś innym, mianowicie z tym, że sama praca była iluzoryczna. Praca nie była iluzoryczna. Pacjentka, która przez lata budowała praktykę umiaru z alkoholem, jedzeniem lub pracą, nie wykonywała skryptu, który lek może jej teraz napisać w pięć sekund. Budowała ja. Lek skraca tę budowę. Jeśli z ery Ozempicu wyciągniemy wniosek, że cnota była fikcją, stracimy najbardziej użyteczną ramę, jaką ludzie mają, by stawać się ludźmi, z którymi da się żyć, włącznie z samymi sobą.

Silny argument trafia w jeden punkt i myli się w pozostałych. Ma rację, że praktyki umiaru to nie nic: kobieta, która dziesięć lat pracowała nad swoją relacją z telefonem, butelką albo kolacją, zrobiła coś, czego lek nie robi — budowała ja wokół pracy. Myli się, zakładając, że poprzednia rama nazywała tę budowę poprawnie. Nie nazywała. Rama nazywała budowę jako dowód charakteru, który był przyczyną pracy, podczas gdy w wielu przypadkach charakter, praca i spokojny układ nagrody były jednym fizjologiczno-okolicznościowym wypadkiem, który osoba miała szczęście odziedziczyć. Era Ozempicu nie wymazuje wartości praktyki; odbiera prawo do jej moralnego odczytywania wobec tych, którzy wypadku nie mieli.

Istnieje w tej samej rozmowie cichszy sygnał, który przemysł już odczytał. Operatorzy gastronomiczni zaczęli modelować klientów zamawiających mniej alkoholu, mniej deseru, mniej produktów z wysoką marżą, dla których nowoczesna karta dań została zaprojektowana. Gospodarka żywnościowa, która zbudowała się wokół określonego kształtu apetytu, czyta nowy kształt jako zmianę strukturalną, a nie modę. To ta część historii, na którą tekst Hagenaarsa i Schmidt wskazuje, nie nazywając jej. Kulturowy lęk przed osobowością Ozempic to po części lęk wzorca konsumpcji odkrywającego, że jego konsument nie jest już tym konsumentem, którego brał za pewnik. Lek nie jest tylko interwencją na ciele. Jest polityką popytu.

Czego nie mamy w tym momencie, to nowej teorii ja, której lek wymaga. Stara teoria mówiła, że wola była agentem, a ciało polem. Pośrednia teoria, postfreudowska, mówiła, że wola i popędy były w rozmowie, a osoba świadoma starała się zarządzać piwnicą, której nie była właścicielką. Nowa teoria musi zacząć od uznania, że osoba świadoma siedzi na regulowanym układzie nagrody, i że pytanie o to, czego chcemy — w jedzeniu, w seksie, w obecności społecznej, w pracy, w uwadze — nie jest oddzielne od tego, co zdecydowaliśmy, z konsultacją lub bez, kazać naszemu układowi nagrody chcieć. To nie jest nihilizm. To ten sam problem, nad którym pracowali stoicy i buddyści bez chemii. Nowość polega na tym, że chemia przeprowadziła się z metafory filozofa do bloczka recept.

Prawidłowy odczyt nie brzmi, że powinniśmy przestać brać lek, ani że powinniśmy przestać czytać relacje o osobowości jako znaczące. Brzmi tak, że oba zestawy relacji razem mówią nam, co lek tak naprawdę robi, mianowicie zdejmuje z osoby jedną wiązkę mimowolnych stanów zapalnych, a zdejmując ją, odsłania resztę mimowolnych stanów zapalnych, którymi osoba chodziła. Osoba, o której musimy teraz myśleć, w polityce i w życiu moralnym, to ktoś, czyje wnętrze nie jest już prywatnym teatrem moralnym, lecz chemią, która dopuszcza interwencję z zewnątrz. Ta osoba nie jest gorsza od poprzedniej. Jest inna. Praca następnej dekady dyskusji kulturowej polega na nadaniu jej słownika, który nie udaje, że jest osobą z 1980 roku.

Najmniej użytecznym, co możemy zrobić, jest rozstrzyganie, który z dwóch tekstów jest właściwy. Tekst o przesunięciu winy jest właściwy. Tekst o osobowości jest właściwy. Oba są właściwe w ten sam sposób i z tego samego powodu: opisują osobę, która zawsze miała być bardziej redukowalna, niż pozwalała narracja kulturowa. Lek nie wynalazł tej osoby. Wyciągnął ją na światło dzienne i poprosił, by żyła publicznie. Prawo przemysłu spożywczego do bycia wymienionym jako współautor transformacji otyłościowej jest ustanowione przez tę samą fizjologię, która ustanawia prawo pacjentki do tego, by powiedziano jej, że jej płaski weekend nie jest, jak powiedziałaby poprzednia rama, dowodem problemu z jej praktyką wdzięczności. Jest dowodem, że lek robi to, co lek robi. Praca następnej debaty polega na zdecydowaniu, czego chcemy chcieć — i przyznaniu, że pytanie było zawsze ciekawsze niż moralizm, z którym dotąd odmawialiśmy je zadać.

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.