Piłka nożna

Omar Marmoush w Tottenhamie: napastnik do biegu w drużynie, która nie biega

Kenji Nakamura

Interesujące w transferze Omara Marmousha do Tottenhamu nie jest to, że pozyskali napastnika z Premier League. Oczywiście, że tak; kwota transferu mówi sama za siebie, a składanka jego największych akcji mówi jeszcze więcej. Interesujący jest kształt, w jaki go wrzucają, bo zawodnik to nie ilość talentu wlana do składu. To konkretny ruch, a drużyna to konkretna przestrzeń. Gdy te dwa elementy nie grają ze sobą, talent po prostu nie ma gdzie się podziać.

Marmoush to biegacz. Najgroźniejszy jest, gdy atakuje linię obrony, zanim ta się ustawi, goni korytarz, który otwiera się tylko na chwilę, zamieniając ułamek sekundy chaosu w strzał. Potrzebuje boiska, które się rozciąga, i podania, które dociera przed niego, a nie pod nogi. W Manchesterze City nie miał ani jednego, ani drugiego. Dzieląc ostatnią linię z napastnikiem, który ją posiada, w drużynie zbudowanej na trzymaniu piłki i czekaniu, a nie na przebijaniu, stał się dodatkiem – błyskotliwym w przebłyskach, strukturalnie bezdomnym. To nie był problem talentu. To był problem dopasowania.

I właśnie dlatego transfer do Tottenhamu Roberto De Zerby zasługuje na głębsze spojrzenie niż to, które proponują nagłówki skupione na liście zakupów. De Zerbi nie buduje kontratakującej drużyny. Buduje od bramkarza, zaprasza pressing i manewruje piłką w ciasnych strefach, aż otworzy się szpara – to cierpliwa, pozycyjna maszyna, która wymaga od napastników łączenia gry w małej przestrzeni i trzymania swojej strefy, a nie sprintu w trawę za linią obrony. To, w swojej istocie, to samo środowisko, które uwięziło Marmousha w Manchesterze. Zmieniło się logo na koszulce treningowej. Wymagania wobec zawodnika – niekoniecznie.

Dodaj do tego letnie okno transferowe, a obraz robi się bardziej zatłoczony, a nie jaśniejszy. Savio przybył z tego samego wyprzedażowego koszyka City – kolejny skrzydłowo-środkowy napastnik, który chce piłkę w ruchu dokładnie w tych samych strefach, które Marmoush lubi atakować. Dwóch zawodników rywalizujących o jeden pas boiska to nie podwójne zagrożenie; to ból głowy przy wyborze składu i potencjalnie problem z przestrzenią. Tymczasem to, co tak naprawdę pogrążyło Spurs w zeszłym sezonie – brak czystej kreacji w środku pola i zimnego wykończenia – nie zostaje oczywiście naprawione przez sprowadzenie kolejnego napastnika, który żywi się podaniami, które teraz musi mieć nadzieję, że ktoś inny mu zapewni.

Nic z tego nie czyni Marmousha złym transferem. W próżni to naprawdę dobry transfer. Czyni go to transferem reaktywnym. City było skłonne ponieść stratę, by pozbyć się zawodnika, którego źle wykorzystało; Tottenham, w trakcie przebudowy, skorzystał z okazji i martwił się dopasowaniem później. To jest wskazówka w strukturze umowy. Obowiązek wykupu to nie głos zaufania taktycznego. To zobowiązanie podjęte przed zgromadzeniem dowodów, zakład, że trener zbuduje linię dla biegacza, którego jeszcze nie trenował – zabezpieczenie na dopasowanie, którego nikt nie udowodnił.

Logistyka to najłatwiejsza część. Marmoush dołącza na sezonowym wypożyczeniu z Manchesteru City z obowiązkiem wykupu przyszłego lata, gwarantowana kwota to około pięćdziesięciu milionów funtów, rosnąca do sześćdziesięciu z bonusami, oraz czteroletni kontrakt z opcją przedłużenia o kolejny rok po sfinalizowaniu transferu. Strzelił szesnaście goli w sześćdziesięciu dwóch występach dla City, głównie jako zmiennik Erlinga Haalanda, i nigdy nie ugruntował sobie stałego miejsca pod Pepem Guardiolą. To drugi napastnik, którego Tottenham bierze z City w ciągu kilku dni, po około siedemdziesięciopięciomilionowym przyjściu Savio, w ramach letnich wydatków przekraczających trzysta milionów funtów przez klub, który zajął siedemnaste miejsce. De Zerbi dostał klocki i kazano mu zbudować atak.

Sezon nie rozstrzygnie się więc o to, czy Marmoush jest dobry. Rozstrzygnie się o to, czy De Zerbi zaprojektuje linię, za którą on będzie mógł biec – moment bezpośredniości w tym całym cierpliwym graniu – czy też każe mu być napastnikiem pozycyjnym, czyli tym, czym – jak sugerują lata w City – nie jest. Jeśli ta strukturalna decyzja będzie trafiona, Tottenham zyska broń. Jeśli będzie nietrafiona, zapłacą pięćdziesiąt milionów funtów, by w północnym Londynie odkryć na nowo dokładnie to, co Manchester już wiedział.

Tagi: , , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.