Muzyka

Sir Billy Boston zmarł w wieku 92 lat, kilka dni po pogrzebie żony, z którą spędził 70 lat

Alice Lange

Hołdy będą sięgać po liczby, bo liczby są wręcz niemożliwe do uwierzenia. A jednak ludzie, którzy naprawdę znali Sir Billy’ego Boston, wracają do czegoś, czego żadna księga rekordów nie pomieści: że jeden z najgroźniejszych skrzydłowych, jakich wydała ta dyscyplina, dla każdego, kto go spotkał, był najłagodniejszą obecnością w pomieszczeniu.

Boston zmarł w domu w Wigan, mieście, które przyjęło chłopca z walijskiego Tiger Bay i nigdy go nie wypuściło, w otoczeniu rodziny. I w szczególe, który mówi o nim więcej niż jakikolwiek medal, odszedł zaledwie kilka dni po tym, jak ta sama rodzina pochowała Joan, żonę, którą kochał przez całe dorosłe życie.

Byli małżeństwem przez 70 lat. Lady Joan zmarła w wieku 90 lat, a jej pogrzeb odbył się cztery dni przed tym, jak Sir Billy poszedł za nią, mając 92 lata, w hrabstwie Lancashire, które nazywał domem przez ponad siedem dekad. Rugby league spędziło dzień na liczeniu jego przyłożeń; jego rodzina opłakiwała męża, ojca i dziadka, który – według wszystkich relacji z tego tygodnia – o wiele chętniej rozmawiałby o nich niż o sobie.

Urodził się w Butetown w 1934 roku jako szóste z jedenaściorga dzieci, syn sierraleońskiego marynarza i irlandzkiej matki, w dzieciństwie w wielorasowej dzielnicy portowego Cardiff, w czasach, gdy brytyjski sport zamykał przed nim drzwi z uprzejmością. Boston i tak przez nie przeszedł. W 1954 roku został pierwszym niebiałym zawodnikiem powołanym do reprezentacji Wielkiej Brytanii na tournée Lions – bariera została przełamana nie manifestem, ale cichym, niepodważalnym talentem, którego selekcjonerzy nie mogli już dłużej ignorować.

To, co nastąpiło, brzmi jak zmyślenie. Podpisał kontrakt z Wigan w wieku dziewiętnastu lat i zdobył 478 przyłożeń w 488 meczach dla klubu, co stanowi część łącznej liczby 571 – wciąż najwyższej, jaką osiągnął jakikolwiek brytyjski zawodnik. Trzykrotnie wygrał Challenge Cup i zdobył 24 przyłożenia w 31 występach w reprezentacji Wielkiej Brytanii, w czasach, gdy skrzydłowi byli zdani na siebie. W tym tygodniu koledzy z drużyny mówili mniej o liczbie, a więcej o człowieku, który nosił ją lekko. „Sir Billy był skromny, życzliwy i hojny” – powiedział prezes Wigan Chris Brooks – „ucieleśniając wszystko, co dobre w Wigan Rugby League”.

Establishment potrzebował czasu, by go dogonić. MBE otrzymał w latach dziewięćdziesiątych; tytuł szlachecki, pierwszy w historii przyznany zawodnikowi rugby league, trafił do niego dopiero w zeszłym roku, w wieku 90 lat, po publicznej kampanii mającej naprawić to, co wielu w środowisku od dawna uważało za oczywiste zaniedbanie. „Jako pierwszy zawodnik rugby league, który otrzymał tytuł szlachecki, dziedzictwo Sir Billy’ego jest widoczne dla wszystkich” – powiedział przewodniczący RFL Nigel Wood. Dyrektor generalny Wigan Kris Radlinski ujął to prościej: Boston „nie był tylko legendą Wigan Rugby League; był jedną z największych postaci, jakie nasz sport kiedykolwiek znał”.

Stanie w brązie w trzech miejscach – w Cardiff, w Wigan oraz wśród Legend Rugby League na Wembley – a obecny główny trener Matt Peet, mówiąc w imieniu klubu, który wplótł Boston w swoją tożsamość, powiedział po prostu, że „Billy stoi na samym szczycie tej historii”. Shaun Edwards nakreślił cały łuk w jednym zdaniu: „Od chłopca z robotniczej dzielnicy Cardiff do króla Wigan – oto Sir Billy Boston”.

Ale hołd, który pozostanie, to ten, który ponownie postawił w centrum jego rodzinę – tam, gdzie zawsze ją trzymał. Rozmyślając o małżeństwie, które przetrwało całą błyskotliwą karierę, Brian Carney ze Sky Sports podał najprawdziwsze podsumowanie: „Wszyscy mamy panią Boston do podziękowania za to, że dała rugby league jednego z jego najwspanialszych”.

Tagi: , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.