Technologia

Osiemdziesięciu brytyjskich artystów mówi premierowi Andy Burnhamowi: trzy sekundy nagrania wystarczają, by ukraść głos aktora

Susan Hill

Trzy sekundy nagrania. Tyle wystarczy, by współczesne systemy klonowania głosu wiarygodnie odtworzyły głos performera. I właśnie tę liczbę przytoczyło w tym tygodniu ponad osiemdziesięciu brytyjskich artystów, którzy złożyli na ręce premiera Andy’ego Burnhama list otwarty, wzywając parlament do ustanowienia własności głosu prawem statutowym.

Kampania Save Our Voices Now została założona przez Alice Sockett, lektorkę audiobooków, oraz performera Petera Caulfielda. Ich argument jest prosty: brytyjskie prawo nie przewiduje żadnego przepisu, który wprost chroniłby syntetyzowany głos danej osoby przed nieupoważnionym kopiowaniem. Ta luka stawia aktorów głosowych, lektorów i aktorów w sytuacji, w której ich podstawowy zawodowy atut może być kopiowany bez zgody, bez podania autorstwa i bez jednoznacznej drogi dochodzenia roszczeń. Do listu dołączono petycję na stronie Gov.uk, postulującą wpisanie własności głosu do tej samej kategorii praw, która już reguluje wykorzystanie nazwiska i wizerunku.

Lista sygnatariuszy liczy ponad osiemdziesiąt nazwisk i wykracza poza te najbardziej rozpoznawalne. Są wśród nich Nicola Coughlan, Matt Lucas, Hugh Bonneville, Siobhán McSweeney, Luke Evans, Jen Brister oraz Pearl Mackie. Lektorzy audiobooków i wykonawcy reklam głosowych – profesjonaliści, którzy zarabiają na życie wyrazistością swojego głosu, a nie twarzy – to grupa najbardziej narażona, a ich obecność na liście jest zamierzona. Sockett, która rozpoczęła kampanię po własnych doświadczeniach w branży audiobooków, nazwała klonowanie głosu „egzystencjalnym zagrożeniem dla całej naszej branży” i podkreśla, że tempo replikacji „rośnie z tygodnia na tydzień”.

Technologia stojąca za tym problemem nie jest hipotetyczna. Systemy dostępne publicznie skróciły wymagane nagranie do kilku sekund, a wyniki oferują niemal w czasie rzeczywistym – i są one regularnie mylone przez odbiorców w mediach komercyjnych i społecznościowych z autentycznymi nagraniami. Wielka Brytania nie jest jedynym krajem bez dostosowanej odpowiedzi prawnej, ale wyraźnie odstaje od co najmniej jednego porównywalnego państwa: Dania zmieniła swoje prawo, przyznając obywatelom prawo żądania usunięcia nieupoważnionych treści głosowych wygenerowanych przez AI oraz ubiegania się o odszkodowanie, gdy takie treści powstają bez zgody. W brytyjskim ustawodawstwie nie istnieje żaden odpowiednik.

Kampania precyzyjnie określa, o co nie prosi. W liście otwartym czytamy: „Nie sprzeciwiamy się sztucznej inteligencji. Sprzeciwiamy się kradzieży”. To sformułowanie pozostawia miejsce na licencjonowane wykorzystanie głosu – z którego część sygnatariuszy zapewne już korzysta. Ale wyznacza też granicę legislacyjnego wyzwania. Spadkobiercy Gene’a Wildera wyrazili zgodę na odtworzenie jego głosu na potrzeby produkcji Netflixa; Harry Shearer osobno starał się o ochronę prawną swojego głosu, wciąż będąc aktywnym zawodowo. Każdy przepis, który ma być na tyle szeroki, by chronić przed nieupoważnionym użyciem syntetycznym, a jednocześnie dopuszczać licencjonowaną zgodę, będzie wymagał od parlamentu precyzyjnego zdefiniowania zgody – wobec pracujących artystów, spadkobierców i kontekstów handlowych, których twórcy ustawy nie będą w stanie przewidzieć.

Odpowiedź rządu na razie ogranicza się do konsultacji. Peter Caulfield uznał to za niewystarczające: rząd, jak powiedział, „pozwala firmom AI kraść i czerpać zyski z głosów artystów bez ich zgody oraz pozwala przestępcom na klonowanie tożsamości ludzi za pomocą AI i zastraszanie wszystkich”. Hugh Bonneville wyznaczył granicę bardziej osobiście: „Mój głos jest wyjątkowy, należy do mnie, jest częścią mojej tożsamości”. Save Our Voices Now apeluje do parlamentu, by zapisał to stwierdzenie w ustawie, zanim trzy sekundy staną się jeszcze bardziej powszechnym standardem, niż już są.

Tagi: , , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.