Filmy

Reżyserska wersja Z Archiwum X: Chcę wierzyć przywraca grozę, ale nie powód, by istnieć

Camille Lefèvre

Kultura filmowa lubi opowiadać kuszącą historię o reżyserskim cięciu: gdzieś na półce czeka film, który artysta zamierzył, stępiony przez tchórzy w garniturach, czekający na swoje uwolnienie. Rekonstrukcja, którą Chris Carter przygotował dla X-Files: Chcę wierzyć, wkracza na rynek owinięta dokładnie tym mitem, a jej nowy zwiastun — chłodniejszy, ostrzejszy, wreszcie z kategorią wiekową dla dorosłych — zaprasza nas, by uwierzyć, że filmowi brakowało tylko jednego aktu studyjnej odwagi do wielkości.

Ta narracja jest schludna, a Carter opowiada ją dobrze. Mówi, że zrobił film zbyt straszny, a szefowie z Foxa chcieli czegoś, na co nastolatek mógłby kupić bilet; krew wypadła, a groza, którą zamierzał, została po cichu uśpiona. Odzyskana wersja — opatrzona, z pisarskim mrugnięciem, podtytułem Vrach Frankenshteyn — obiecuje mroczniejszy thriller, jaki zawsze sobie wyobrażał. Przywróć krew, przywróć film. To pocieszające równanie. Jest też tym błędnym.

Problem z Chcę wierzyć nigdy nie leżał w jego kategorii wiekowej. Leżał w jego skali. Carter po serialu o kolonizacji obcych — dekadzie czarnej ropy, porwań i kosmicznej konspiracji — nakręcił małą, przesiąkniętą deszczem historię o gangu handlującym organami i zhańbionym psychice-księdzu. Potworność, którą nowe cięcie wysuwa na pierwszy plan — dwugłowy pies, zamarznięte ciała, upadek szybem windowym — już tam była. Brakowało nie flaków, ale ambicji. Fani, jak ujął to w tym tygodniu jeden z pisarzy, chcieli statków kosmicznych; dostali kompetentny, melancholijny odcinek tygodnia i powiedziano im, że to wydarzenie.

I to jest kryzys, którego żadna korekcja barw nie rozwiąże. Reżyserskie cięcie to autentyczne narzędzie — wielbiciele Cartera mają rację, że rytm, czas trwania i groza żyją w montażu, że szybsze cięcie i brzydsza paleta mogą zmienić znaczenie sceny. Przywróć kilka minut i bardziej chorobliwą ścieżkę dźwiękową, a możesz mieć lepiej zrobiony film. Ale lepiej zrobiony to nie to samo co konieczny. Wiara w autora głosi, że prawdziwy film jest zawsze tym pełniejszym; drugi film X-Files jest rzadkim przypadkiem, w którym pełniejszy film tylko wyostrza pytanie, na które szczuplejszy już nie umiał odpowiedzieć — dlaczego to w ogóle jest film?

Metafora samego Cartera zdradza wszystko. Frankenstein to nie opowieść o chirurgicznej precyzji; to opowieść o dystansie między sprawnym ciałem a żywym. Ochrzczenie swojej rekonstrukcji imieniem Victora Frankensteina — mówienie, jak czynią to obrońcy filmu, o zszywaniu obrazu po tych wszystkich latach — to przyznanie, że rzecz na stole została złożona, a nie zrodzona. Można reanimować film. Nie można wstecznie nadać mu powodu, by istniał.

Nic z tego nie umniejsza temu, co w filmie wciąż jest naprawdę dobre, a zawsze było to samo: Duchovny i Anderson, starsi, zmęczeni, wciąż odnajdujący częstotliwość między potrzebą wiary Muldera a potrzebą dowodu Scully. Ich sceny nigdy nie potrzebowały kategorii R. Potrzebowały historii ich godnej, a kategoria wiekowa to nie historia.

X-Files: Chcę wierzyć — Vrach Frankenshteyn trafia na Disney+ i Hulu 14 sierpnia, wraz z oryginalnym cięciem kinowym, tak by obie wersje można było oglądać jedna po drugiej. Film z 2008 roku, zrobiony za trzydzieści milionów dolarów, zarobił sześćdziesiąt osiem milionów na całym świecie i pozostawił większość krytyków obojętnymi, otwierając na czwartym miejscu amerykańskiego box office’u. Osiemnaście lat później bilans jest kwestią faktów; apetyt pozostaje pytaniem otwartym.

Najbardziej uczciwym obrazem zwiastuna może być ten najbrzydszy: ciało złożone z części, które nigdy nie miały do siebie pasować, człapiące ku życiu, którego odmówiono mu przy narodzinach. Carter myśli, że opisuje swojego złoczyńcę. Opisuje swój film.

Tagi: , , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.