Muzyka

David Bisbal i trzęsienie ziemi w Kolumbii: nagranie z Bogoty, które wyprzedza katastrofę

Alice Lange

Telefon komórkowy przestraszonego celebryty – lampa sufitowa kołysząca się na kablu, szeptana modlitwa do Matki Boskiej – obiega hiszpańskojęzyczny internet. Mężczyzną jest David Bisbal, a powód jego przerażenia jest prosty: podłoga w jego apartamencie w Bogocie naprawdę się trzęsła. Dziwne nie jest jednak samo przerażenie. Chodzi o to, że te piętnaście sekund jego strachu rozchodzi się dalej i szybciej niż katastrofa, która je wywołała.

Nie ma w tej chwili niczego wyreżyserowanego. To nie gwiazdor wysyłający zdawkowe kondolencje zza kulis; Bisbal był w samym środku zdarzenia, nagrywając własny przypływ adrenaliny, a cytowane przez wszystkich „por favor, virgencita” to po prostu to, co przerażony człowiek mówi na głos. Jednak to nagranie stało się historią, a historia, którą ono po cichu wypiera, jest o wiele większa i o wiele bardziej ponura – dotyczy kraju, w którym akurat przebywał, i, jeśli śledzicie branżę muzyczną, tego, dlaczego hiszpańska ikona popu w ogóle tam była.

Trzęsienie ziemi miało magnitudę 7,4, nawiedziło o 7:34 rano, a jego epicentrum znajdowało się w pobliżu Pacyfiku, w regionie Chocó. Bogota, gdzie przebywał Bisbal, odczuła je gwałtownie, ale wyszła z tego ze stosunkowo niewielkimi zniszczeniami. Pas kawowy i zachodnie wybrzeże nie miały tyle szczęścia: Cali poniosło największe straty w ludziach, Pereira straciła kilkadziesiąt kolejnych ofiar, międzynarodowe lotnisko Matecaña częściowo się zawaliło, a liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 160, przy tysiącach wciąż uznawanych za zaginionych. Prezydent Abelardo de la Espriella ogłosił stan klęski żywiołowej.

To, co Bisbal zrobił, gdy trzęsienie ustało, komplikuje cyniczną interpretację. Owszem, opublikował wideo z reakcją – ale zaraz po nim zamieścił zdjęcie z oficjalnymi numerami alarmowymi Kolumbii, a kilka dni wcześniej pisał o spacerach po Bogocie z rodziną, dziękując krajowi, który „zawsze traktował mnie z ogromną serdecznością”. To nie jest ktoś, kto żeruje na katastrofie dla treści. To ktoś, kto się przestraszył, a potem sięgnął po jedyną użyteczną rzecz, jaką mógł zrobić na jedynej platformie, którą dysponował.

Oto część, którą pomijają podsumowania. Bisbal był w Bogocie, by pracować – jako juror w nowej, skierowanej do amerykańskiej publiczności edycji „Operación Triunfo”, talent show produkowanego obecnie w Kolumbii dla hiszpańskojęzycznego rynku w USA. Ten szczegół jest wręcz zbyt idealny: Bisbal sam jest produktem pierwszej edycji „Operación Triunfo” z 2001 roku, w której nieznany chłopak z Almerii zajął drugie miejsce i od razu trafił na debiutancki album sprzedany w ponad milionie egzemplarzy. Pokolenie później format, który go ukształtował, jest odbudowywany dla nowego rynku – i to właśnie postawiło go na wysokim piętrze w Bogocie o 7:34 rano.

To jest mechanizm wart obserwacji, i nie ma on nic wspólnego ze szczerością Bisbala. Znana twarz rejestrująca surowy strach to treść pozbawiona tarcia: czytelna w każdym języku, stworzona do podawania dalej, skończona w kilka sekund. Trzęsienie ziemi o magnitudzie 7,4 w Chocó i Valle del Cauca nie jest żadną z tych rzeczy – jest powolne, statystyczne, geograficznie odległe od większości odbiorców, którzy teraz udostępniają nagranie, i wymaga czegoś od widza, zamiast dawać. Więc nagranie wygrywa cykl. Ten sam zasięg transgraniczny, który show wbudowało w karierę Bisbala – to, co czyni Hiszpana dochodowym od Madrytu po Medellín – właśnie pozwala jego najgorszym piętnastu sekundom wyprzedzić narodową tragedię nagraną kilkaset kilometrów dalej.

Okrutna arytmetyka polega na tym, że nagranie Bisbala dotrze do większej liczby osób, niż kiedykolwiek przeczyta nazwiska ofiar w Cali. Jedynym sposobem, by odwrócić tę matematykę, jest to, co on już zrobił między ujęciami własnej paniki: sprawić, by numery alarmowe rozeszły się tak daleko, jak lampa.

Tagi: , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.