Muzyka

Ritchie Blackmore: „Od 25 lat nie grałem rocka”

Alice Lange

Ritchie Blackmore nikomu niczego nie obiecywał. Złożył za to zastrzeżenie. Gitarzysta, który napisał cztery nuty, jakie nuci pół świata, a potem spędził drugą połowę życia udając, że nigdy tego nie zrobił, ocierał się o Deep Purple. Zanim podłączył się do prądu, powiedział światu dokładnie, jak bardzo zardzewiałe to będzie.

„Nie grałem rocka od 25 lat”.

Rzucił to w podcaście poprzedniego wieczoru, nonszalancko, jak ktoś, kto nie ma nic do udowodnienia, a potem i tak wyszedł na scenę, by zagrać „Smoke on the Water” – występie, o którym pierwszy doniósł Variety.

Potraktujcie to zdanie dosłownie, bo Blackmore prawie na pewno tak właśnie je myśli. To nie fałszywa skromność udająca butę; to wyznanie bez przeprosin. Współzałożył Deep Purple, wyszedł pierwszy raz, by zbudować Rainbow, wyszedł drugi raz pod chmurą, która nigdy w pełni nie odeszła, i odpowiedział na całe życie stadionowego napięcia zniknięciem w renesansowym folku z Blackmore’s Night, zespołem, który prowadzi z żoną, Candice Night. Rock nie stracił nim zainteresowania. To on stracił zainteresowanie rockiem – i mówił to przez lata.

I właśnie dlatego to zdanie jest ostrzejsze niż jakikolwiek reunionowy komunikat prasowy. Ogłaszając z góry własną rdzę, Blackmore po cichu przepisuje warunki wieczoru: jednopiosenkowy gościnny występ staje się przysługą, a nie referendum. Nie ma stopera, przy którym mógłby oblać, bo sam postawił poprzeczkę na podłodze. To ruch kogoś, kto nigdy nie pozwolił publiczności decydować o tym, co jest im winien.

Przebija też sentymentalizm, jaki ta chwila ze sobą niesie. Ciepła część tej historii jest prawdziwa. Lodowate relacje z wokalistą Ianem Gillanem odtajały na tyle, by doszło do uścisku dłoni, a Gillan przywitał go z mikrofonu jako „założyciela, wielką legendę, nieśmiertelnego Ritchiego Blackmore’a”. Ale cytat odrzuca ramy powrotu do domu. Według własnych słów Blackmore nie był z dala od brzmienia, za którym tęsknił. Był gdzieś zupełnie indziej – i składa wizytę, a nie wraca.

Ten dystans jest sednem i dlatego ten gościnny występ trafia mocniej niż cała trasa. Każdy może odgrzewać stare hity co wieczór, aż riff straci znaczenie. Blackmore zrobił odwrotnie. Przez ćwierć wieku głodził tę rzecz z tlenu, po czym pojawił się raz, według własnego przyznania nieprzećwiczony, by zagrać ją blisko własnego domu dla ludzi, którzy nigdy nie spodziewali się go usłyszeć ponownie. Rzadkość to swoisty rodzaj szacunku.

Więc uwierzcie mu. Nie grał rocka od dwudziestu pięciu lat, a najpewniejszym znakiem, że każde słowo było na serio, jest to, że wrócił na dokładnie jedną piosenkę, po czym poszedł do domu, do renesansowego folku, który faktycznie woli.

Tagi: , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.