Muzyka

Victoria Monét zapowiada Frequency of Love i stawia na rozmach tam, gdzie Jaguar II wygrał powściągliwością

Noah Brandt

Victoria Monét zbudowała karierę na dźwięku decyzji wstrzymanej. Szeptany refren, który ufa żywej linii basu zamiast dropowi; aranżacja pozostawiająca przestrzeń tam, gdzie słabszy utwór nałożyłby kolejną warstwę wokalu – ta powściągliwość była całym argumentem jej przełomu, i to dlatego piosenki wydawały się ręcznie wykonane, a nie fabryczne. Najbardziej odkrywcze w jej powrocie nie jest to, że wróciła. To miara, jaką sobie wybrała: sięgnęła po 'Thriller’.

To ogromna rzecz mówić głośno, zanim ktokolwiek usłyszał album, i zamienia zapowiedź z powrotu do domu w zakład. Jedynym utworem, który możemy faktycznie usłyszeć, jest główny singiel 'Reach Out’ i wskazuje on gdzieś nowe. Stworzony z Kaytranadą i D’Mile, zamienia jej ciepło zespołu na żywo na lśniący house’owy poślizg – elegancki, atmosferyczny, stworzony dla pełnego ludzi pomieszczenia, a nie pary słuchawek. To przepiękny utwór. To także inna odpowiedź na pytanie, kim jest.

YouTube video

Konsensus w mediach już ocenił ambicję jako osiągnięcie. Znani producenci, maksymalistyczna lista utworów, porównanie do Michaela Jacksona – każdy z tych elementów jest odczytywany jako dowód, że arcydzieło nadchodzi. Ale ambicja i tożsamość to nie to samo, a tożsamość Monét została wykuta z przeciwnego instynktu. Album, który przyniósł jej sławę i zdobył nagrodę Best New Artist, zadziałał, bo kuratorował: zwarty zestaw piosenek brzmiących jak gust jednej osoby, retro-soulowa intymność wybrana zamiast spektaklu.

’Reach Out’ ciągnie w zatłoczoną ścieżkę. Środek ciężkości R&B przesunął się w stronę parkietu, a house’owy kawałek Kaytranady – jakkolwiek luksusowy – jest sygnaturą, którą obecnie pożycza sobie wielu artystów. To ryzyko, które singiel cicho wprowadza: nie że jest zły, ale że jest czytelny jako trend, a nie jako ona. To, co wyróżniało Monét, to to, że jej płyt nie można było pomylić z niczyimi innymi. Rozmach ma tendencję do ścierania tego.

Potem jest rozmiar tego przedsięwzięcia. Bardzo długa lista utworów, wyprodukowana wykonawczo przez Campera, to zakład, że więcej znaczy więcej – że sposób na kontynuację szczupłego, kochanego albumu to zbudowanie obok niego katedry. Czasem to działa. Ale 'Thriller’, płyta, którą przywołała, ma dziewięć piosenek; porównanie, po które sięgnęła, jest, ironicznie, argumentem za zwięzłością. Otwarte pytanie 'Frequency of Love’ brzmi: czy pójście na większą skalę pogłębia jej tożsamość, czy rozpuszcza ją w cudzych.

Nic z tego nie jest werdyktem – i to jest szczera część, którą entuzjastyczne relacje pomijają. Mamy jeden singiel i obietnicę. Ocenianie całego albumu na podstawie głównego utworu to dokładnie ruch, który zamienia oczekiwanie w rozczarowanie, a Monét zasłużyła na dobrodziejstwo wątpliwości bardziej niż większość. Ale dobrodziejstwo wątpliwości nie jest gwarancją, a najgłośniejsze głosy już traktują przedsprzedaż jak koronację.

Szczegóły, dla tych, którzy trzymają rachunki: 'Frequency of Love’ ukazuje się 2 października nakładem Lovett Music/RCA, dwadzieścia dwa utwory głębokości, gromadząc wcześniejszy singiel 'Let Me’ obok 'Reach Out’, którego teledysk wyreżyserowany przez Dave’a Meyersa, z choreografią Seana Bankheada, opiera się na sepii, wyglądzie z wczesnych lat 90. 'Jestem bardzo wdzięczna wszystkim, którzy byli częścią tego dzieła’ – napisała Monét o albumie – język kogoś, kto dokładnie wie, ile na nim postawiła.

Porównanie do 'Thriller’ ustanawia jedyny test, który liczy się w tej skali. Nie to, czy 'Frequency of Love’ jest duże – lista utworów już nam mówi, że tak – ale czy za rok wciąż będziemy nucić jedną piosenkę z niego tak, jak wciąż nucimy 'On My Mama’. To właśnie powściągliwość kiedyś jej gwarantowała. Rozmach będzie musiał na to zapracować.

Tagi: , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.