Piłka nożna

Ronaldinho podpisuje kontrakt z Ravenną w wieku 46 lat: prawdziwy transfer to marka R10, a nie powrót

Jack T. Taylor

Fotografie opowiedzą wam bajkę: zdobywca Złotej Piłki, człowiek, który sprawiał, że piłka zachowywała się, jakby była przywiązana do jego buta sznurkiem, ląduje w małym włoskim mieście, by włożyć koszulkę trzecioligowego klubu i gonić za jeszcze jednym golem. To urocza historia. To także, jeśli przyjrzeć się bliżej, plan marketingowy z dołączoną z tyłu rejestracją zawodnika.

Ravenna nie pozyskała piłkarza. Ravenna pozyskała publiczność. Ten ruch wrzuca klub, którego większość kibiców spoza Emilii-Romanii nie umiałaby znaleźć na mapie, do kanałów każdego kraju, gdzie pokolenie dorastało, próbując skopiować elástico. Ten zasięg jest aktywem. Czy sam mężczyzna kiedykolwiek faktycznie zagra – to, wymownie, jedyna rzecz, której nikt w klubie nie obiecuje.

Posłuchajcie, jak Ravenna mówi o własnym transferze. Wiceprezes, Ariedo Braida, najpierw powiedział wprost, że Ronaldinho „zrobi z nami wydarzenie marketingowe, ale nie zagra dla Ravennay w Serie C”. Tygodnie później złagodził stanowisko: „Czy zagra? Zobaczymy, ale nie jest wykluczone”. Transfer, którego własny dyrektor sportowy nie potrafi powiedzieć, czy nowy nabytek kopnie piłkę, nie jest transferem w żadnym piłkarskim sensie. To partnerstwo, a boisko jest dekoracją.

Prawdziwy interes jest wszyty w gadżety. Ravenna stała się pierwszym klubem, który nosi R10 – markę odzieży sportowej, którą Ronaldinho chce rozwinąć w osobisty znak firmowy na wzór Michaela Jordana, sprzedawaną przez własny sklep internetowy obok limitowanych koszulek z numerem 10 i artystycznych kolaboracji. Właściciel, Ignazio Cipriani – który kupił klub z partnerem inwestycyjnym i nazywa Ronaldinho bożyszczem swojego dzieciństwa – zyskuje globalną istotność, której trzecioligowy bilans nigdy nie mógłby sam wygenerować. Ronaldinho dostaje europejską wystawę. Obie strony handlują uwagą i obie płacą za nią uczciwą cenę.

W tym miejscu łzawe relacje się zatrzymują. Uderzające w Ronaldinho w Ravennie nie jest to, że wielki piłkarz się zestarzał; to, czym cichaczem stał się ostatni „transfer” współczesnej wielkiej gwiazdy. Nazwisko jest teraz produktem, a piłka nożna opakowaniem wokół niego. Dla zawodnika, którego cały geniusz polegał na tym, że wyglądał, jakby robił to wyłącznie dla radości, jest ironia w patrzeniu, jak ta radość – „ten sam uśmiech”, zapewnia nas własny tekst klubu – zostaje zamieniona w linię produktów. To nie czyni tego ruchu cynicznym z jego strony. To czyni go jasnowidzącym, co jest być tym trudniejsze do udźwignięcia.

Dla Ravennay to ryzyko warte podjęcia. Trzecioligowa drużyna prawie nigdy nie ma szansy wybrać własnego mitu; tutaj, pod trenerem z autentycznym rodowodem w Serie A, Andreą Mandorlinim, może go wypożyczyć na sezon. Zagrożenie jest znane. Cyrk przyjeżdża, koszulki się wyprzedają, a drużyna pod spektaklem zostaje z oczekiwaniem, którego żadna walka o awans nigdy nie była budowana, by sprostać. Aura nie wraca do obrony i nie kryje przy stałym fragmencie gry.

Więc wypatrujcie tego jednego meczu. Jeśli Ronaldinho nawet wybiegnie, choćby na krótki epizod w końcówce już wygranego lub przegranego spotkania, zostanie to sprzedane jako bajka, która sama się kończy. Przeczytajcie to raczej jako to, czym jest – demonstracja produktu na końcu kampanii, dowód na to, że uśmiech, trzy dekady po tym, jak po raz pierwszy rozświetlił boisko, wciąż przesuwa jednostki.

Tagi: , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.