Filmy

’Kick On’: 'John Wick na mecie’ Nicka Kozakisa to najsprytniejszy chwyt sprzedażowy TIFF

Veronica Loop
Dodaj nas w Google

Każdy festiwal ma film, który sprzedaje się już na podstawie jednego zdania. W tegorocznym Midnight Madness w Toronto tym filmem jest Kick On, a zdanie to należy do reżysera. Nick Kozakis chciał, żeby jego debiut przypominał „Johna Wicka na metanfetaminie” – cały ten „nakręcony, spocony, niekontrolowany nerw”. To świetna linijka. Jest też, jak na razie, lepszym loglinem niż opisem.

Oddajmy Kozakisowi, co jego: pitch jest nieskazitelny. Tak dobre porównanie robi prawdziwą robotę dla debiutanckiego australijskiego filmu bez franczyzy, bez gwiazdorskiego pojazdu i bez znanego nazwiska. Ramuje relacje, krąży po rynku sprzedażowym, gdzie kupujący potrzebuje haczyka, który może powtórzyć, i niemal na pewno pomogło małemu filmowi wywalczyć sobie miejsce w jednym z najbardziej pożądanych gatunkowych slotów światowego kina. W ekonomii, gdzie uwaga jest najrzadszą walutą debiutu, Kozakis wybił własną.

To, co linijka sprzedaje za bardzo, to gatunek. Według relacji krytyków, którzy faktycznie go widzieli – Chrisa Mello z In Review Online jako jednego z pierwszych po TIFF – Kick On wcale nie jest baletowym gun-fu z filmów o Johnie Wicku. To thriller o przetrwaniu nocy, bliższy tradycji slashera: czworo przyjaciół uwięzionych na noc w wystawnym domu syna gangstera, walczących przez paranoję, przemoc i zdradę, by doczekać poranka. Mello nazywa to „napiętą zabawą”, która „nie ma wątpliwości, że jest filmem gatunkowym”, i wyróżnia pomysłowe wykorzystanie zamkniętej przestrzeni oraz „niesamowite praktyczne efekty gore”. To pochwała – ale pochwała dla innego, mniejszego, bardziej złośliwego filmu niż sugeruje marketing.

Rzemiosło potwierdza tę skromniejszą wersję. Kozakis stawiał na prawdziwych kaskaderów zamiast cyfrowej augmentacji, gdzie tylko mógł, posuwając się nawet do obsadzenia przyjaciela z dzieciństwa, by przyjmował ciosy, a protetykę powierzył Larry’emu Van Duynhovenowi, którego prace przewijają się przez Furiosę i Mortal Kombat. Całość nakręcono w ciągu dwudziestu dni, co dało ponad półtora tysiąca ustawień – mordercze tempo, które przypomina mniej produkcję Johna Wicka, a bardziej reżysera wyciskającego maksymalną rzeź z minimalnych zasobów. Markella Kavenagh, Nori w Amazona The Rings of Power, gra Eden, a naprzeciw niej Nikolai Nikolaeff – najbliższe, co film ma do nazwiska na plakacie.

Gdzie ambicje się przeciążają, tam właśnie hype milknie. Zastrzeżenia Mello dotyczą sięgania po prawdziwe stawki: wątek Eden o kradzieży pieniędzy na leczenie siostry, który nazywa „niepotrzebną komplikacją”, i finałowy akt, który zmienia się z „ofiar bojowych” w coś bliższego „okrutnej egzekucji”, tępiąc tę obrzydliwą zabawę, w której film jest tak dobry. Przekładając z języka krytyka, werdykt jest znajomy dla podgatunku: Kick On jest najlepszy, gdy jest tylko pułapką, a najsłabszy, gdy próbuje być o czymś.

Nic z tego nie jest krytyką deal-makingu. Fableist, stojąca za tym produkcja, ma debiut z festiwalowym rodowodem, globalną licencję sprzedażową Blue Finch i zaplanowaną rodzimą dystrybucję Umbrella – czysty wynik, jakiego większość debiutów nigdy nie osiąga. Linijka zrobiła swoje.

Prawdziwy test dopiero nadchodzi. Loglin tak ostry wpuszcza reżysera do pokoju dokładnie raz; drugi film musi przyjść bez pożyczonego porównania, które by go niosło. Kozakis udowodnił, że potrafi sprzedać nazwisko Johna Wicka. Teraz musi udowodnić, że go nie potrzebuje.

Tagi: , , , ,

Dodaj nas w Google

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.