Sport

Arthur Fery odpada w pierwszej rundzie US Open: jak daleko zaszedł i czego mu jeszcze brakuje

Jack T. Taylor

Odpadnięcie w pierwszej rundzie miało boleć jak upadek i na papierze noc Arthura Fery’ego w Nowym Jorku właśnie taka była: odpadł w debiucie na twardych kortach Wielkiego Szlema, przegrał w trzech setach z rozstawionym rywalem, a bajka trafiła do archiwum. Ale człowiek, który czyta karierę z wnętrza linii, ogląda inny mecz. Fery nie skurzył się w blasku reflektorów. Wrósł w nie.

Historia, która się liczy, nie polega na tym, że przegrał. Chodzi o to, jak przegrał – i z kim. Lorenzo Musetti to wielokrotny półfinalista wielkoszlemowy i medalista olimpijski, gracz o takim dotyku, że nerwy debiutanta zamienia w niewymuszone błędy. Fery stoczył z nim walkę, w której nie było nic z szeroko otwartych oczu dzikiej karty. Utrzymywał swój poziom głęboko w noc. Przełamał serwis w decydującym secie i prowadził w nim. A gdy linia mety pojawiła się przed Musettim, Fery spawił, że ten musiał zasłużyć na każdy centymetr, broniąc piłki meczowej i zmuszając rywala do zamknięcia drzwi po raz drugi.

Ta odmowa poddania się to cały on. Była obecna tego lata na Wimbledonie, kiedy ledwie notowana dzika karta wydostała się z przepaści w pięciosetowej wojnie z Zizou Bergsem, a potem pięła się wyżej – obok Grigora Dimitrova, obok rozstawionego z numerem 9 Flavio Cobolliego – aż stanął w półfinale Wielkiego Szlema jako zaledwie druga dzika karta w historii singla mężczyzn, która tego dokonała. Alexander Zverev, światowy numer 2, w końcu go powstrzymał. Nikt inny nie mógł.

Oto punkt, który pomija zgrabny nagłówek o „wyjściu jak z Kopciuszka”: ten marsz nie był szczytem, z którego potem spadał. To było podnoszące się pod nim dno. Po Wimbledonie jego ranking nie opadł z powrotem na ziemię; rósł dalej z perferii pierwszej setki do życiowego maksimum i pozycj brytyjskiego numeru 1. W tygodniu przed Nowym Jorkiem dotarł do pierwszego w życiu finału rangi ATP. Fart nie nakłada się w ten sposób. Fart blaknie. Fery zrobił coś odwrotnego do blaknięcia.

Tak więc porażkę z Musettim lepiej odczytywać jako pierwszy uczciwy pomiar tego, czym tak naprawdę jest ten nowy gracz. I ten odczyt jest jednocześnie zachęcający i niedokończony. Zachęcający, bo potrafi już stanąć twarzą w twarz z członkiem elity tenisa przez cał mecz i sprawić, że ten czuje się nieswojo. Niedokończony, bo nie potrafił przełożyć tej równowagi na wynik. Prowadził w trzecim secie i nie potrafił go dowieźć do serwisu. Stworzył presję i nie potrafił jej wykorzystać. Dystans miedzy grą z pierwszą piętnastką a pokonaniem pierwszej piętnastki mierzy się właśnie w tych momentach – w przełamaniu, które utrzymujesz, w gemie, który zamykasz, w piłce meczowej, którą wykorzystujesz zamiast tylko przetrwać.

Ta luka to nie przycinka na jego temat. To mapa tego, dokąd zmierza dalej. Fery spędził ten sezon na zbieraniu rzeczy, których mu brakowało: prawdziwego marszu w Szlemie, pierwszego finału, rankingu otwierającego główne drabinki zamiast kwalifikacji. Tego, czego jeszcze nie zebrał, to zimna ręka finalisty, umiejętność wykończenia czołowego rywala w dniu, gyd pojawia się okazja. To ostatnia i najtrudniejsza rzecz do nauczenia się, a gracze, którzy się jej uczą, to ci, którzy przestają być sympatycznymi historiami, a zaczynają być rozstawieni.

Nic z tego nie jest gwarantowane. Kariery zbudowane na jednym gorącym tygodniu to znana tenisowa tragedia, a tour jest bezlitosny dla graczy, którzy osiągnęli szczyt młodo i utknęli. Ale dowody, które mamy przed oczami, przeczą takiemu zakończeniu. Człowiek, który w czerwcu był ciekawostką, we wrześniu jest stałym elementem – elementem, który przegrał, i przegrał, sprawiając, że znacznie lepszy gracz się pocił.

Fery zszedł z Grandstand jako pobity człowiek i wschodzący, co nie jest tym samym i co tym razem nie stoi w sprzeczności. Tablica wyników zarejestrowała porażkę. Sezon rejestruje coś trudniejszego do odwrócenia: gracza, którego drabinka nie może już traktować jako darmowego przejścia.

Tagi: , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.