Sport

Novak Djokovic odpada w pierwszej rundzie US Open: „Wymioty, torsje, poważny problem”

Jack T. Taylor

Przez dwie dekady najbezpieczniejszym zakładem w tenisie było, że ciało Novaka Djokovicia będzie stało, gdy wszyscy inni już odpadli. Wygrał te długie mecze. Wygrał te w upale. Wygrał te, które zamieniały się w test, kto dłużej utrzyma oddech. Dlatego gdy usiadł po najwcześniejszym odpadnięciu z Wielkiego Szlema w swojej dorosłej karierze i wyjaśnił, co go faktycznie pokonało, to zdanie ważyło więcej niż jakikolwiek wynik.

Zapytany, co poszło nie tak, nie sięgnął po wymówkę. Sięgnął po prawdę, w relacji przytoczonej przez ESPN:

„To coś, co noszę ze sobą, niestety, praktycznie w każdym meczu w tym roku: wymioty, torsje – to poważny problem” – powiedział.

Przeczytajcie to jeszcze raz, a kluczowym słowem nie jest „wymioty”, tylko „w każdym meczu w tym roku”. To nie była jedna zła noc w nowojorskiej wilgoci, jeden talerz czegoś, co mu zaszkodziło. Według jego własnych słów towarzyszyło mu to przez cały sezon – stan, który nasila się w upale, o którym mówił pierwszy raz po przegranym jedynym meczu rozgrzewkowym w Cincinnati, i z którym wyszedł na kort już z niedostatkiem meczów i nadmiarem wątpliwości.

To ma znaczenie ze względu na to, kto to mówi. Wielkość Djokovicia nigdy nie polegała na najładniejszym uderzeniu piłki czy największym serwisie; polegała na wytrzymałości. Swój rekord – 24 tytuły wielkoszlemowe, argumenty za najbardziej kompletną karierą w męskim tenisie – zbudował na byciu ostatnim stojącym w wojnie na wyczerpanie. Ciało było jego bronią. Teraz ciało jest znakiem zapytania. Gdy najbardziej niezawodna maszyna w sporcie mówi, że ciągle się psuje, to nie jest alibi; to mistrz opisujący, jak grunt usuwa się spod jego nóg.

A jednak spójrzcie, co z tym zrobił. Wymiotował przy korcie, łapały go skurcze, brał tabletki i przerwę medyczną na plecy, które w końcu odmówiły posłuszeństwa, walczył ze łzami – i wciąż nie chciał zejść. Zmusił Mariano Navone do gry przez cztery godziny i trzydzieści sześć minut, by dokończyć robotę, która, sądząc po tym, co widzieliśmy, powinna była zająć znacznie mniej. Odmowa poddania się to ten sam instynkt, który przyniósł mu wszystko; tym razem po prostu nie miał już czego wygrać. „Jeśli chodzi o sam mecz i ogólne odczucie, jak czułem się z ciałem i grą, to naprawdę nie było przyjemne” – powiedział później – chyba najbardziej płaskie wyznanie, jakie kiedykolwiek złożył.

Kusi, by wrzucić to w kategorię schyłku, ale sezon temu przeczy. To wciąż człowiek, który w tym samym roku dotarł do finału Australian Open i półfinału Wimbledonu. Tenis jest. Cytat ujawnia, że pogoń za 25. tytułem wielkoszlemowym – liczbą, która pozostawiłaby go samego na szczycie – teraz napotyka przeciwnika, którego nie da się przetrenować ani przemyśleć. W wieku 39 lat, w starciu z pokoleniem prowadzonym przez Jannika Sinnera i Carlosa Alcaraza, margines był już cienki. Choroba zjada ten margines jako pierwszy.

Djokovic spędził karierę, niosąc rzeczy, których nikt inny nie mógł unieść – presję, wrogość, ciężar każdego rekordu w książce. Najbardziej szczere, co powiedział w tym roku, to że niesie teraz coś, co samo się nie odłoży.

Tagi: , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.