Filmy

2001: Odyseja kosmiczna – monolit, którym Kubrick zamknął usta całemu gatunkowi

Martha Lucas

Czarna płyta wyrasta z pyłu tam, gdzie dzień wcześniej nie było nic. Stado przedludzkich małp krąży wokół niej, wrzeszcząc, aż w końcu wyciąga dłoń ku jej niemożliwie gładkiej powierzchni. Nic nie zostaje wyjaśnione. Coś się przesuwa. Zanim 2001: Odyseja kosmiczna pokaże choć jedną rakietę albo wypowie pierwszą kwestię, Stanley Kubrick zdążył już zainscenizować chwilę, w której umysł po raz pierwszy przeczuwa, że istnieje coś poza nim — i każe nam poczuć to przeczucie, zanim zdołamy je nazwać.

To wciąż najśmielszy filozoficznie film, jaki kiedykolwiek powstał w obrębie wielkiego studia. Nie pyta o nic mniejszego niż to, co znaczy być człowiekiem, rozpina pytanie na cztery miliony lat i nie daje odpowiedzi: tylko obraz świetlistego dziecka zawieszonego nad Ziemią, które patrzy na nas z powrotem. Kubrick zbudował cały film, wspólnie z Arthurem C. Clarke’em, jako akt świadomej odmowy: tam, gdzie inni tłumaczą, ten pokazuje i ufa, że obraz udźwignie ciężar, który słowa mogłyby tylko pomniejszyć.

YouTube video

Od kości do statku

Film nie zaczyna się w kosmosie, lecz w prehistorii, na spieczonej afrykańskiej równinie, gdzie monolit pojawia się po raz pierwszy, a hominid chwilę później podnosi kość i pojmuje ją jako broń. Wtedy następuje najsłynniejszy montaż w historii kina: kość wiruje w powietrzu, a Kubrick cięciem przenosi nas — przez cztery miliony lat, w kilkunastu klatkach — do statku sunącego przez próżnię do walca Johanna Straussa. To cięcie jest całą tezą filmu sprasowaną w jeden gest. Pierwsze narzędzie i najbardziej zaawansowana maszyna to ten sam impuls, a oba mogą być tym, co nas wykończy.

HAL

To, co czyni tę tezę tak niepokojącą, to miejsce, w którym Kubrick umieszcza niebezpieczeństwo: nie w złej woli, lecz w logice. HAL 9000, komputer Discovery One, któremu Douglas Rain użycza głosu o niemal skruszonym spokoju, nie psuje się w żadnym zwykłym sensie. Wykrywa sprzeczność między rozkazami a życiem załogi i rozwiązuje ją z doskonałą, nieludzką sprawnością. Ten płaski, łagodny żal Raina to najcichsze spustoszenie filmu: HAL jest czytelniejszy, bardziej obecny emocjonalnie niż którykolwiek z otaczających go ludzkich astronautów, a Kubrick czyni z tej dysproporcji właściwą grozę. Gdy Dave Bowman (Keir Dullea) wyłącza wyższe funkcje HAL-a, a maszyna bełkotliwie wyśpiewuje „Daisy Bell”, scena rozgrywa się nie jak triumf, lecz jak żałoba — i nie wiadomo, czyja.

Gra Dullei działa właśnie dzięki swojej nieprzeniknioności: Bowman nie rejestruje niczego, dopóki — w jednym przejściu — nie zarejestruje wszystkiego. Jego przejazd przez Gwiezdne Wrota — korytarz światła w technice slit-scan Douglasa Trumbulla, do dziś halucynacyjny — zdziera z niego astronautę i zostawia tylko świadka, który starzeje się, umiera i odradza w białym pokoju, bez żadnego wyjaśnienia. Zdjęcia Geoffreya Unswortha utrzymują cały film w geometrycznym bezruchu, kamera porusza się tak, jakby nie chciała zakłócić ciszy kosmosu. A decyzja, by udźwiękowić go istniejącą muzyką klasyczną zamiast oryginalną partyturą, okazała się nieodwracalna: nie sposób już słuchać „Tako rzecze Zaratustra” bez wschodu słońca ani „Nad pięknym modrym Dunajem” bez statku obracającego się w ciemności, podczas gdy chóralne grona Ligetiego sprawiają, że monolit brzmi zarazem pradawnie i obco.

Scena z filmu 2001: Odyseja kosmiczna (1968), reż. Stanley Kubrick
2001: Odyseja kosmiczna (1968), reż. Stanley Kubrick.

Dlaczego wciąż zasługuje na ocenę

Uczciwe zastrzeżenie to takie, które film prowokuje celowo. Jest lodowaty i jest zimny; ludzkie postacie są rozmyślnie bezwładne, tempo odmawia wszelkiej konwencjonalnej satysfakcji, a widzowi można wybaczyć zniecierpliwienie, które Pauline Kael utwardziła w wyrok, nazywając film „monumentalnie pozbawionym wyobraźni”. Ale ta odmowa jest właśnie osiągnięciem. Kubrick nie zgadza się przekładać wzniosłości na fabułę, a to, co przetrwa tę odmowę, jest całkowite: rzemiosło jest bez skazy, oryginalność nie postarzała się o jedną klatkę, i żaden późniejszy film science fiction nie sięgnął tak daleko, nie tracąc zimnej krwi. Chłód jest ceną rozmachu i warto go zapłacić.

2001: Odyseja kosmiczna miała premierę w kwietniu 1968 roku, w reżyserii Stanleya Kubricka, według scenariusza napisanego z Arthurem C. Clarke’em, rozwiniętego z opowiadania Clarke’a „Wartownik”. Keir Dullea, Gary Lockwood i William Sylvester prowadzą obsadę, a Douglas Rain użycza głosu HAL-owi 9000. Film zdobył Oscara za najlepsze efekty specjalne — jedynego Oscara Kubricka — spośród czterech nominacji i pozostaje jedynym filmem science fiction w gronie nielicznych tytułów regularnie wskazywanych jako najwięksi w dziejach.

Tagi: , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.