Filmy

Rola Elliota Page’a w 'Odysei’ Nolana odpowiada krytykom lepiej niż zachwyty wokół niego

Camille Lefèvre

Są dwa głośne sposoby mówienia o Elliocie Page’u i łączy je więcej, niż którakolwiek ze stron chciałaby przyznać. Jeden obóz świętuje: jest spełniony, zakochany, gra w największym filmie roku – zgrabna lista dowodów na to, że jego krytycy przegrali. Drugi obóz kipi złością z powodu obsady, którą znienawidził na podstawie kilku sekund trailera. Obie strony spierają się o symbol. Żadna, w całym tym zgiełku, nie zadała sobie trudu, by obejrzeć, co aktor faktycznie robi na ekranie.

To jest cichy skandal tego tygodnia – i jest to raczej skarga kinomana niż polityczne oskarżenie. Entuzjastyczna narracja ma dobre intencje, ale chybia celu, bo akceptuje zasady walki, którą – jak sądzi – wygrywa: zamienia występ w tablicę wyników, a aktora w maskotkę. Christopher Nolan, ze wszystkich ludzi, postawił lepszy argument najprościej, gdy zbył przedpremierowe oburzenie – rozmowy, które toczą się, zanim ktokolwiek zobaczy film, jak powiedział, nigdy się nie liczą. Bronił obsady. A przy okazji, nie zamierzając tego robić, poprawił tych, którzy jej przyklaskiwali.

Bo sama obsada jest argumentem – jeśli pozwoli się filmowi być filmem. Page gra Sinona – nie herosa, nie wojownika, jakiego domagały się fałszywe nagrania, ale Greka, który zostaje pod Troją i namawia wroga, by wciągnął własne zniszczenie w bramy. Sinon to antyczny wielki kłamca perswazyjny, fałszywy świadek, któremu wierzy się właśnie dlatego, że wydaje się tak czytelny, tak szczery. Powierzenie tej roli aktorowi, którego sama czytelność – zwykły fakt tego, kim jest – przez lata była przedmiotem publicznego niedowierzania, nie jest przypisem o różnorodności. To reżyser, który traktuje swoją obsadę jako znaczenie, obsadza wbrew pretensjom i ufa, że widzowie wyczują to napięcie.

Nolan robił to już wcześniej, a ci, którzy gwizdali, mają krótką pamięć. Pokolenie temu rolę komiksowego złoczyńcy dostał młody aktor, którego internet już wcześniej skazał, a oburzenie przerodziło się w jeden z najbardziej podziwianych występów swojej ery. Lekcja, jaką – jak mówi reżyser – z tego wyciągnął, to po prostu przestać słuchać wyroku, który zapada przed dziełem. Jego nowy film, nakręcony w największym formacie, jaki zna kino, i wystawiony jako powrót do mitu w monumentalnej skali, nie jest referendum nad niczyją tożsamością. To maszyna do tego, by stara opowieść znów stała się niebezpieczna, i wykorzystuje Page’a tak, jak wykorzystuje wszystko – jako precyzyjny instrument, nastrojony na konkretną nutę.

To, co ginie w tablicy wyników, jest najprostszym i najlepszym nagłówkiem ze wszystkich: Page znów jest pracującym aktorem, wewnątrz kadru, a nie obok niego. Łuk, jaki zatoczył od czasu, gdy się wycofał – rozdzierający, kameralny powrót w jego ostatnim dramacie, książka, która na nowo określiła warunki jego własnej historii, postać, którą niósł przez cztery sezony telewizji – to nieefektowna praca odbudowywania kariery deska po desce. Jego związek z komiczką Julią Shiplett, od jakiegoś czasu publiczny i ciepły w sposób, w jaki prywatne rzeczy bywają czasem na widoku, należy do niego, a nie do sporu. Podobnie jak jego szczęście. Błędem życzliwych relacji jest werbowanie obu tych rzeczy jako dowodów w procesie, w którym nie prosił o bycie oskarżonym.

Film wchodzi w tym tygodniu, wydany przez Universal w szczycie lata jako zakład za dwieście pięćdziesiąt milionów dolarów, że spektakl i Homer wciąż wypełniają sale. Wstępne prognozy mówią o globalnym otwarciu przekraczającym dwieście milionów, co byłoby największym otwarciem reżysera od ponad dekady. To są logistyka – i należy jej się miejsce na końcu, tam gdzie logistyka.

Prawdziwy test nadchodzi w ciemności, gdy gasną światła i kończą się kłótnie. Sinon przekonuje, bo chcemy mu wierzyć; film zadziała, jeśli przez kilka minut w drugoplanowej roli aktor, którego świat przez lata odmawiał zobaczenia, sprawi, że cała sala wychyli się i weźmie go za słowo.

Tagi: , , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.