Filmy

Finał 'Strzępów’ sięga po Shelley Duvall, zamiast zaufać Kai Gerber

Martha Lucas

Każdy prestiżowy kryminał prędzej czy później ujawnia, co ceni bardziej – bohaterów czy nawiązania. Finał sezonu The Shards, adaptacji powieści Breta Eastona Ellisa pod jego własnym nazwiskiem, którą wyprodukował Ryan Murphy, odpowiada na to pytanie za pomocą jednego scenariuszowego gestu. Wielka scena grozy z Kaią Gerber to ta, którą sam scenariusz określa jako jej „moment Shelley Duvall” – bezpośrednie nawiązanie do Lśnienia. Miało to być hołdem. W praktyce brzmi jak wyznanie: serial woli pożyczać strach, niż go budować.

Pod koniec Trawler – zabójca, który przez cały sezon przerzedzał pozłacane grono przyjaciół Ellisa – wciąż nie ma przypisanego imienia. Finał sprowadza niemal wszystkich głównych bohaterów do pokoju przesłuchań i sprawia, że podejrzenia padają na każdego z nich: Breta, Roberta, Debbie, jej matkę oraz Susan. Kilku krytyków nazwało to jednym z bardziej zagadkowych finałów sezonu ostatnich lat; warto precyzyjnie określić, na czym polega zarzut. Nie chodzi o to, że serial nie udziela odpowiedzi. Chodzi o to, że myli powstrzymywanie jej z napięciem.

I tu właśnie znaczenie ma pierwowzór – i tu oczywiste komentarze idą w złym kierunku. The Shards Ellisa to autofikcja – półautobiograficzna rekonstrukcja ostatniego roku liceum wśród pięknych, bogatych dzieci wczesnych lat 80. w Los Angeles, opowiadana przez wersję autora, który nigdy do końca nie ufa własnej pamięci. Obsadzenie prawdziwych dzieci celebrytów – Gerber, córki supermodelki; Homera Gere’a, syna amanta – nie jest wpadką, jaką robią z tego ciekawostki prasowe. To niemal zbyt trafne: historia o odziedziczonym przywileju zagrana przez dziedziców. Pytanie, które warto zadać, nigdy nie brzmiało: kim są ich rodzice. Tylko: co scenariusz daje im do zagrania.

Na papierze serial daje Gerber więcej niż powieść. W książce Susan Reynolds istnieje głównie jako obiekt spojrzeń narratora; serial odbudowuje ją od zewnątrz – królową pszczół, której nieustające zwyciężanie, jak sama Gerber mówi, trudno polubić nawet aktorce. To tarcie jest najżywotniejszą rzeczą, jaką próbuje ta adaptacja – postać może być nieprzyjemna i zrozumiała zarazem. Dlatego wybór finału jest tym smutniejszy. Poświęciwszy cały sezon na nadanie Susan wewnętrznego świata, serial rozpuszcza ją z powrotem w rzędzie wymiennych podejrzanych, jej unikatowość zużyta po to, by wszyscy byli równie winni.

„Moment Shelley Duvall” działa na tym samym odruchu. Gerber przyznała, że nawiązanie było w scenariuszu, a w rozmowie z The Hollywood Reporter powiedziała, że na jej ścianie wisi podpisany plakat Duvall z Lśnienia – autentyczny szacunek i wiele mówiący. Praca Duvall dla Kubricka to synonim nieglamourowego przerażenia wyciśniętego z aktorki w wyczerpujących ujęciach. Przywołanie go to próba importu tego autorytetu hurtowo do popisowej sceny nowicjuszki. Ale nie można odziedziczyć krzyku. Hołd nazywa uczucie, które scena ma wywołać, zamiast je rzeczywiście wywołać.

To żadna wina Gerber – jeśli już, jej instynkt wyprzedza otaczającą ją machinę. The Shards trafił na FX z bagażem prestiżu – początkowo rozwijano go w HBO z Luką Guadagnino, ale twórcze różnice zatrzymały projekt; później Murphy wskrzesił go w dziewięciu odcinkach emitowanych w późnym lecie. Odmowa demaskacji Trawlera w powieści to zamierzony literacki chwyt: książka o zawodności pamięci odmawia rozwiązania. Spłaszczona do policyjnej rozpoznawki ta sama niejednoznaczność czyta się mniej jak Ellisa, a bardziej jak zabezpieczenie przed drugim sezonem, którego FX jeszcze nie zamówił.

Znak stoi na ścianie za ramieniem Gerber. Podpisany plakat Duvall to trofeum fana; zapisany w scenariuszu „moment Shelley Duvall” to produkcja sięgająca poza swój własny materiał po dreszcz, którego nie stworzyła. The Shards doskonale wie, które filmy nas straszyły. Na razie nie udowodnił, że potrafi straszyć sam.

Tagi: , , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.