Filmy

W zespole siła! na Netfliksie: firmowy wyjazd integracyjny zmienia się w walkę o przetrwanie, gdy wyciekają zwolnienia

Liv Altman

Jest w hiszpańskiej komedii taki nurt, który traktuje miejsce pracy jak szybkowar i czeka, bez mrugnięcia okiem, aż pokrywa wyleci. „Go Team!” należy do niego. Film – wydany międzynarodowo pod tym angielskim tytułem, a w Hiszpanii jako „Gracias, equipo” – opowiada o podupadającej, rodzinnej firmie serowarskiej o nazwie Tío Mochales, która wysyła swoich pracowników na wiejski retreat do wioski, w której przedsiębiorstwo powstało, sprzedając wszystkim jako weekend na nowo łączący z wartościami założycielskimi. Potem wychodzi na jaw, że szykują się zwolnienia, a ćwiczenia integracyjne przestają być ćwiczeniami.

YouTube video

Na Netflix trafia jako czarna komedia z ławką hiszpańskich talentów ekranowych wystarczająco głęboką, by obsadzić dwa filmy. Maribel Verdú i Alexandra Jiménez prowadzą zespół, a towarzyszą im Pedro Casablanc, Raúl Tejón, Blanca Martínez, Ismael Fritschi i Víctor Rebull, z Saturnino Garcíą i Pepe Viyuelą w rolach specjalnych. Reżyserią zajął się Diego Núñez Irigoyen na podstawie scenariusza Adolfo Valora i Cristóbala Garrido, a produkcją Zeta Studios – wytwórnia, która stworzyła „Elite” – co jest sposobem na powiedzenie, że streamer widzi w tym flagowy hiszpański oryginał, a nie wypełniacz katalogu.

Retreat, rzecz jasna, nigdy nie jest o retreacie. Team building to jeden z tych korporacyjnych rytuałów, które wszyscy zgadzają się wykonywać, a w które nikt do końca nie wierzy; cała jego gramatyka – lodołamacze, wspólne posiłki, przemowy o rodzinie – zakłada bezpieczeństwo, które zwolnienia po cichu anulują. To jest silnik, na którym zbudowany jest film. Odrzuć eufemizmy, a założenie jest wręcz okrutne w swojej oszczędności: zbierz ludzi, których masz zamiar zwolnić, poproś, by udowodnili, że należą, i obserwuj, ile kosztuje przynależność, gdy pensja leży na stole.

Hiszpania opowiada ten żart, w takiej czy innej formie, od sześćdziesięciu lat i robi to lepiej niż prawie ktokolwiek inny. Chóralne czarne komedie Luisa Garcíi Berlangi i jego scenarzysty Rafaela Azcony – „Plácido”, „El verdugo”, „La escopeta nacional” – zamieniały instytucje kraju w farsy, w których wszyscy są współwinni i nikt nie wychodzi czysty. Talentem Berlangi była zatłoczona rama: tuzin ludzi mówiących jednocześnie, każdy realizujący swój mały, samolubny cel, aż kolektyw produkuje coś potwornego, czego nikt nie zamierzał. Ta zatłoczona rama jest naturalnym środowiskiem hiszpańskiej komedii zażenowania i jest dokładnie tym kształtem, jaki przybiera korporacyjny retreat, gdy koła odpadają.

Linia prowadzi prosto do teraźniejszości. „La comunidad” Álexa de la Iglesii zamknęła grupę sąsiadów w budynku i pozwoliła ukrytej fortunie zrobić resztę, udowadniając, że formuła działa od instytucji z czasów Franco po współczesną chciwość bez utraty tempa. Najbardziej bezpośrednio Fernando León de Aranoa spędził dwie dekady na tym samym nerwie: „Los lunes al sol” o mężczyznach, których zamknięcie stoczni pozostawiło na lodzie w Vigo, oraz „El buen patrón”, komedia z 2021 roku, która zgarnęła Goya z Javierem Bardemem jako właścicielem fabryki, który nazywa swoją załogę rodziną, jednocześnie po cichu decydując, kogo z nich odrzucić. „Go Team!” sytuuje się w tej linii – hiszpańskiej komedii, która śmieje się najgłośniej w momencie, gdy śmiech powinien ustać – i zamienia fabrykę wag na markę sera, a biuro na wiejski weekend.

To, co sugerują założenie i obsada – i co potwierdza ton zwiastuna – to film, który rozkłada komedię na całą grupę, zamiast oddawać ją pojedynczemu bohaterowi. To starsza, trudniejsza tradycja: żadnego protagonisty, za którym można kibicować, żadnej wyższości moralnej, na której może stanąć widownia, tylko grupa aktorów grających ludzi, którzy każdy na swój sposób kalkulują. Tak złożony zespół to deklaracja metody. Gdy aktorki formatu Verdú i Jiménez dzielą kadr z pół tuzinem równie ostrych kolegów, postacią, która się liczy, jest sama grupa, a grupa pod presją to miejsce, w którym ten rodzaj komedii zawsze znajdował swoje zęby.

Dwie prowadzące wnoszą do tego własne historie. Verdú od trzydziestu lat porusza się między kinem artystycznym a mainstreamem – „Y tu mamá también”, „Labirynt fauna”, „Blancanieves” – i ma rzadki dar grania okrucieństwa i ciepła jednym tchem, co jest dokładnie tym rejestrem, jakiego potrzebuje czarna komedia o zwolnieniach. Jiménez zbudowała swoją markę w komedii, w maszynowych zespołach, gdzie timing jest całym sednem. Umieść je w pokoju z Casablancem i Tejónem, dodaj weteranów takich jak Saturnino García i Pepe Viyuela na marginesach, a film ma, zanim jeszcze oceni się pojedynczą scenę, surowy materiał dobrej farsy: twarze, którym widownia już ufa, że zwrócą się przeciwko sobie.

Timing daje mu drugie życie poza żartami. Team building jako branża, firma-jako-rodzina jako styl zarządzania i ERE – zwolnienia grupowe, które stały się częścią hiszpańskiego słownika ekonomicznego – to wszystko rzeczy, które widzowie rozpoznają od środka. Każdy, kto przesiedział obowiązkowy away-day, zna ten specyficzny lęk przed byciem poproszonym o dobrą zabawę w godzinach pracy i wie też, że wymuszona radość zwykle pojawia się, gdy firma jest najmniej szczera co do swoich planów. Film, który inscenizuje motywacyjny wyjazd na wierzchu zwolnień, nie wymyśla scenariusza, ale go nazywa.

Firma serowarska to specyficznie hiszpański akcent i celny. Marka z tradycją, z wioską założycielską i produktem, który ma symbolizować tradycję, cierpliwość i rzemiosło – przeciwieństwo wszystkiego, co reprezentuje restrukturyzacja napędzana arkuszem kalkulacyjnym – jest doprowadzana do ruiny, a potem zamiatana pod dywan away-dayem. Sceneria wykonuje za film pracę tematyczną: umieść ludzi, którzy wytwarzają coś powolnego i prawdziwego, wewnątrz mody menedżerskiej zbudowanej na niczym, a tarcie jest automatyczne.

Jest tu też odczytanie systemowe. Netflixowski oryginał od Zeta Studios, firmy, która zrobiła z „Elite” globalny eksport, stawiający gwiazdorską obsadę na komedii o samej pracy, to zakład, że prekarność jest językiem, którym mówi już każdy rynek. Nie musisz wiedzieć, czym jest ERE, ani próbować hiszpańskiego dojrzewającego sera, by rozpoznać weekend, podczas którego szef upiera się, że wszyscy są zespołem, aż do momentu, gdy pojawia się lista. Ta czytelność jest sednem: najbardziej eksportowalną hiszpańską komedią obecnej chwili może być ta o czymś, czego wszyscy, wszędzie, po cichu boją się stracić.

Co pozostawia pytanie, które film stawia na stole i nie sprząta: jaki jest sens rytuału, skoro wszyscy w pokoju wiedzą, że jest warunkowy? Odgrywamy przynależność w pracy właśnie dlatego, że rozumiemy, iż może zostać cofnięta. „Go Team!” umieszcza tę sprzeczność na wiejskim retreacie na weekend i podkręca temperaturę. Komedia jest znieczuleniem; zwolnienia są operacją. Netflix postawił mocno na hiszpańskojęzyczne oryginały od czasów „Domu z papieru”, a komedia z gwiazdami o godności pracy to tytuł, który sprawdza się równie dobrze w Seulu czy São Paulo, jak w Madrycie.

„Go Team!” („Gracias, equipo”) to hiszpańskojęzyczny oryginalny film Netfliksa, wyprodukowany przez Zeta Studios i wyreżyserowany przez Diego Núñeza Irigoyena. Premiera światowa na Netfliksie odbędzie się 11 września 2026 roku.

Obsada

Zdjęcia: The Movie Database (TMDB)

Tagi: , , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.