Filmy

Spider-Man: Brand New Day wyglada na powrot Toma Hollanda. Brzmi jak pozegnanie

Liv Altman

Istnieje wersja tego weekendu, która pisze się sama. Spider-Man wraca do kin z najlepszymi recenzjami w całej kadencji Toma Hollanda, trackery wskazują na jeden z największych otwarć w historii tej postaci, a wniosek nasuwa się sam: bohater wrócił, większy i lepszy niż kiedykolwiek. To dobra historia. Jest też, moim zdaniem, tą mniej interesującą.

Posłuchajcie jednak, co Holland naprawdę mówi o swoim powrocie, a wyłoni się z tego obraz dziwniejszy i bardziej wyrachowany. Zapytany, czy będzie dalej grał Petera Parkera, nie robi tego, czego byśmy oczekiwali – nie obiecuje, że zostanie na zawsze. Mówi, że będzie to robił tak długo, jak długo będą go chcieli – a potem, niemal jednym tchem, dodaje, że jeśli film sobie poradzi, to chyba zobaczą. To nie jest język kogoś, kto się zadomawia. To język kogoś, kto już pomyślał o drzwiach.

I pomyślał o nich od lat. Holland potwierdził, że plan dotyczący przyszłości tej roli jest w przygotowaniu od czasu ostatniego filmu, że ma bardzo jasną wizję przekazania pałeczki dalej i – i to jest wątek, który media konsekwentnie chowają pod dywan – że oddanie tej roli komuś innemu jest tym, co najbardziej chciałby zrobić z tą postacią. Nie plan awaryjny. Ambicja.

Obsadzanie superbohaterów zawsze było sztafetą. W tym wieku już nie raz widzieliśmy, jak pajęczyński zmienia ręce – od jednego pełnego zapału młodego aktora do następnego, a każda zmiana obsady była sprzedawana jako wstrząs, by po jednym czy dwóch filmach zostać cicho zaakceptowana. To, co jest tu niezwykłe, to nie fakt, że Spider-Man znów zmieni twarz; chodzi o to, że obecny odtwórca sam przygotowuje przekazanie pałeczki, zamiast zostać z niej wypisanym. Aktorzy pochłonięci przez kultową rolę zwykle kurczowo się jej trzymają albo przed nią uciekają. Holland próbuje zrobić coś rzadszego – odejść celowo, na własnych warunkach, póki jeszcze jest pożądany.

Film, w którym gra, niemal zbyt zgrabnie ilustruje tę tezę. Peter Parker zaczyna ten rozdział wymazany z pamięci świata, pozbawiony pożyczonego sprzętu i sławnych przyjaciół, zmuszony zaczynać od nowa jako mały, uliczny bohater, który musi na nowo zasłużyć na swoje miejsce. Odrzućcie metaforę, a dostaniecie portret franczyzy uczącej się stać bez swoich podpór – i, jeśli się przyjrzeć, aktora ćwiczącego własne wyjście z maszyny, która go stworzyła. Historia na ekranie i historia wokół niego opowiadają tę samą opowieść o odpuszczaniu.

Pomaga też to, że Holland w tym samym czasie udowodnił, że jest kimś więcej niż tylko kostiumem. Tego lata pojawi się także jako Telemach w „Odysei” Christophera Nolana – syn, który czeka i patrzy, podczas gdy wszyscy zastanawiają się, czy bohater kiedykolwiek wróci do domu; rola zbudowana na bezruchu, a nie na ciętych ripostach. Postawcie te dwie role obok siebie, a strategia stanie się jasna: trzymać blockbuster jedną ręką, a drugą – postawić gdzieś flagę, za którą on nie będzie mógł podążyć.

Wpływy kasowe, uczciwie mówiąc, potwierdzają entuzjazm. Film Destina Daniela Crettona utrzymuje się na około dziewięćdziesięciu jeden procent pozytywnych recenzji, a krytycy podkreślają ludzkie oblicze Hollanda w najlepszej formie; branżowe trackery szacują krajowy debiut na blisko 195 milionów dolarów, a globalne otwarcie na ponad 460 milionów – największe w roku i jedno z największych, jakie kiedykolwiek zanotowała ta postać. Zendaya, Jacob Batalon, Jon Bernthal i Mark Ruffalo uzupełniają obsadę dobraną, co znamienne, pod kątem ludzi, a nie portali. Cztery lata po tym, jak multiwersum pochłonęło wszystko, najmniejszy pod względem skali Spider-Man od dekady przyciąga największą publiczność.

I to jest właśnie cichy żart ukryty pod fajerwerkami: film zbudowany po to, by przyprowadzić Spider-Mana do domu, jest jednocześnie tym, który uczy go, jak odejść. Holland ma już wizję, plan i wpływy kasowe, by odejść na własnych warunkach. Jedyne, co pozostało do ustalenia, to kto dostanie maskę – a on już brzmi jak ktoś, kto trzyma pióro.

Tagi: , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.