Programy telewizyjne

Unexpected Loves w Disney+: Martín Bossi wciela się w sześciu mężczyzn i sześć nieoczekiwanych miłości

Camille Lefèvre

Złodziej, pielęgniarz, kelner, kasjer na autostradzie, trener tenisa i mężczyzna osaczony przez biurową imprezę świąteczną — sześciu nieznajomych, którzy nigdy się nie spotykają, których nic nie łączy poza jedną rzeczą, która powinna być niemożliwa do podzielenia: twarzą. W serialu „Nieoczekiwane miłości” ta twarz należy do Martína Bossiego, a cała architektura produkcji jest zbudowana tak, by nigdy nie można było o tym zapomnieć. Marcos Carnevale stworzył antologię sześciu odrębnych historii miłosnych i obsadził jednego aktora we wszystkich sześciu głównych rolach, co zamienia format zwykle chwalony za różnorodność w coś bliższego argumentowi.

Ten argument dotyczy aktorstwa. Bossi jest przede wszystkim najbardziej rozpoznawalnym impresjonistą, jakiego wydała Argentyna — scenicznym komikiem, którego solowe występy składają się z dziesiątek zapożyczonych głosów i twarzy. Powierzenie mu sześciu oryginalnych postaci, z których żadna nie jest celebrytą do naśladowania, to prawdziwy eksperyment. Role noszą imiona brzmiące jak repertuar komika — między innymi Chori, Washington, Julio César, Bebe — a przyjemność, na którą liczy Carnevale, jest podwójna: mały romans rozgrywający się na twoich oczach oraz wykonawca, który rozbiera się na części i odbudowuje pod spodem.

To podwojenie ma konkretny narodowy rodowód. Transformista — komik, który mieści w sobie mnogość, który potrafi być tuzinem ludzi w jeden wieczór — to trwała figura w argentyńskiej kulturze popularnej i to instynkt, na którym Bossi opiera się od lat. To, co się zmienia, gdy kieruje go na wymyślonych mężczyzn zamiast na sławnych, to stawka tej sztuczki. Mimika prosi o rozpoznanie; mierzysz ją względem oryginału. Inwencja prosi o wiarę. Włamywacz, pielęgniarz, kasjer na autostradzie nie mają oryginału, z którym można by ich porównać, co oznacza, że występ nie ma się gdzie ukryć i nie ma na czym się oprzeć poza tym, czy mężczyzna przed tobą w ogóle wydaje się człowiekiem.

Konstrukcja jest rygorystyczna. Każdy odcinek stoi osobno; historie nigdy się nie przecinają i nie ma żadnej ramy spinającej je w większą fabułę, żadnego wspólnego uniwersum czekającego na odkrycie w finale. Tym, co spaja sześć opowieści, jest powracający bohater i jedno powracające pytanie — czy nieprawdopodobne połączenie może przetrwać sytuację, która je zrodziła. Jeden odcinek wypuszcza włamywacza w domu kobiety, która właśnie się rozwiodła. Inny stawia pielęgniarza w sytuacji, w której musi połączyć starszego pacjenta z córką, którą stracił. Trzeci śledzi kelnera z restauracji zabiegającego o zamożniejszą, starszą klientkę; czwarty wikła mężczyznę w biurowy romans podczas świątecznej zmiany; piąty buduje nić porozumienia między kasjerem na autostradzie a kierowcą, który ciągle wraca; ostatni daje instruktorowi tenisa uczennicę, której nie powinien pragnąć.

Carnevale to najbezpieczniejsza możliwa para rąk dla tak wyeksponowanego materiału. Jego kino — „Elsa y Fred”, „Corazón de León”, „Inseparables”, „Anita” — to dorobek zbudowany na niezawodnym romantycznym bicie, na cieple zaprojektowanym, a nie przypadkowym. Ta kontrola jest właśnie tym, co powstrzymuje taki projekt przed ześlizgnięciem się w rewię skeczową. Antologia impresji Bossiego byłaby godziną rozrywki; sześć krótkich filmów, z których każdy musi funkcjonować jako prawdziwy romans, ukształtowanych przez reżysera, który spędził karierę na tym, by maszyna dobrego samopoczucia działała jak w zegarku, to zupełnie inna propozycja — i trudniejsza.

To także miejsce, gdzie czai się niebezpieczeństwo. Ryzyko z Carnevale nigdy nie polegało na chłodzie; jest odwrotnie — że ciepło zgęstnieje w sentymentalizm, że spryt konceptu zostanie oszlifowany do wygody. Wczesne argentyńskie recenzje nazwały to ryzyko bez wahania. Ton potrafi stać się lukrowaty, a antologia obnaża trudność, którą sam format tworzy: wyjaśnienie sześciokrotnie, dlaczego kobiety w tych historiach wciąż mówią „tak” mężczyznom napisanym jako egocentryczni, wymijający lub odrobinę głupkowaci. Gdy ta sama twarz powraca jako obiekt sześciu różnych pragnień, serial musi od nowa zdobywać wiarę widzów, że ten konkretny mężczyzna jest wart pożądania — od zera, w każdym odcinku. To strukturalny podatek od całego pomysłu.

Pod tym wszystkim kryje się umowa z widzem, niezwykle wyraźna. Widz przychodzi już znając Bossiego, już niosąc sympatię zbudowaną przez lata scen i ekranów; serial celowo wydaje tę dobrą wolę, prosząc publiczność, by najpierw zaakceptowała go jako włamywacza, a potem zapomniała o włamywaczu i zaakceptowała go jako pielęgniarza. Obietnica to sześć romansów poprawiających nastrój z ukochanym komediowym leadem. Przepaść, która generuje jakiekolwiek znaczenie tego serialu, polega na tym, że powracająca twarz nieustannie odciąga uwagę od każdego romansu w stronę transformacji wykonawcy — więc to, co jest sprzedawane, i to, co jest oglądane, nigdy nie są dokładnie tym samym, a serial zdaje się o tym wiedzieć.

Czytany jako miejsce w historii telewizji, a nie nowość, serial siedzi na dziwnym skrzyżowaniu. Antologia miała prestiżową dekadę — samodzielne odcinki, rotacyjna obsada, nowy świat co godzinę. „Nieoczekiwane miłości” odwracają zwykłą przyjemność tej formy. Zamiast świeżej twarzy za każdym razem oferują tę samą twarz i rotują wszystko wokół niej, co czyni format mniej pokazem zakresu między wykonawcami, a bardziej studium zakresu w jednym. Różnorodność jest w całości wewnętrzna. Czy to czyta się jako dyscyplina, czy jako sztuczka — to pytanie, które każdy odcinek otwiera na nowo.

Romantyczny rejestr to osobny test. Romans musi uczynić pragnienie czytelnym — musi przekonać cię, że dwoje ludzi należy do tej samej klatki — i musi to zrobić szybko, gdy odcinek trwa tylko czterdzieści minut. Rozciągnięte na sześć niepowiązanych par, wymaganie staje się nieubłagane i spada niemal w całości na jednego aktora, który musi mu sprostać za każdym razem w nowej tonacji. To jest lina, po której chodzi cały serial: ta sama twarz, inny powód, by w nią uwierzyć, w kółko.

Nic z tego nie dzieje się poza logiką platformy, która to kupiła. Disney+ systematycznie rozwija swoje latynoamerykańskie produkcje oryginalne, a serial z gwiazdą o rozpoznawalności Bossiego, napisany i wyreżyserowany przez filmowca z komercyjnym dorobkiem Carnevale’a, to dokładnie taki lokalny kotwica, jakiego streamer chce w swoim katalogu. Projekt nosi nawet ślady tej kalkulacji we własnej historii: nakręcony w Buenos Aires na długo przed tym, zanim trafił na czyjkolwiek ekran, został wstrzymany po tym, jak platforma uznała, że nie spełnia jej standardów, i dopiero teraz wypływa. Pojazd tak bardzo zależny od jednego wykonawcy to zakład, a opóźnienie czyta się jak decyzję firmy, podjętą dwukrotnie, o tym, jak bardzo ufała temu zakładowi.

Tego, czego format nie może rozwiązać — i, co należy mu przyznać, nie udaje, że rozwiązuje — to wątpliwość, którą ciągle podsyca jego własna obsada. Jeśli jeden mężczyzna może być kochany w sześciu różnych życiach, pod sześcioma różnymi imionami, to co właściwie jest kochane: osoba czy występ na tyle przekonujący, by uchodzić za osobę? Bossi spędził karierę na udowadnianiu, że potrafi stać się kimkolwiek. „Nieoczekiwane miłości” po cichu zamienia ten dar w pytanie o sam romans, a potem zostawia je otwartym.

„Nieoczekiwane miłości” — „Amores inesperados” w oryginalnej hiszpańskiej wersji — mają premierę na Disney+ 16 września 2026 roku. Serial liczy sześć odcinków po około czterdzieści minut, wyprodukowany przez LaFlia Contenidos i Non Stop, napisany i wyreżyserowany przez Marcosa Carnevale’a. Obok Bossiego w obsadzie znaleźli się Julieta Cardinali, Jorgelina Aruzzi, Eleonora Wexler i Betiana Blum.

Obsada

Zdjęcia: The Movie Database (TMDB)

Tagi: , , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.