Filmy

Annette, opera rockowa, w której Adam Driver śpiewa o morderstwie, a marionetka kradnie show

Martha O'Hara

Spośród wszystkich możliwych sposobów otwarcia filmu Leos Carax wybrał ten: wywiódł obsadę i zespół Sparks ze studia nagraniowego w nocne ulice Los Angeles, śpiewając “So May We Start” prosto do nas — prowokację przebraną za uwerturę. To, co następuje, nie jest musicalem w sensie, jaki Hollywood zazwyczaj nadaje temu słowu. To opera rockowa śpiewana od początku do końca, w której niemal każda kwestia dialogowa zamieniona jest w muzykę, poświęcająca ponad dwie godziny rozkładaniu gatunku na części pierwsze, żeby zobaczyć, co jeszcze w nim bije.

Historia jest zwodniczo prosta. Henry McHenry (Adam Driver) to komik stand-upowy, który wychodzi na scenę w szlafroku boksera i nazywa swój spektakl “The Ape of God”, drażniąc widownię tak długo, aż śmiech kwaśnieje w dyskomfort. Ann Defrasnoux (Marion Cotillard) to uznana sopranistka operowa, która — jak złośliwie zauważa Henry — “umiera” na scenie każdego wieczoru, po czym kłania się i wychodzi. Zakochują się w sobie w świetle fleszy tabloidów, a narodziny córki, Annette — dziecka obdarzonego niezwykłym talentem — wywracają ich złote życie do góry nogami.

I oto gest, który mówi nam dokładnie, w jakim filmie jesteśmy: przez niemal cały czas ekranowy Annette grana jest nie przez dziecko, lecz przez drewnianą marionetkę. To wybór odważny i alienujący — a zarazem czule przemyślany, bo lalka pozwala Caraxowi wystawić bajkę o rodzicielstwie, eksploatacji i sławie bez obarczania tym ciężarem prawdziwego dziecka. Kamera Caroline Champetier przemierza burze, sceny teatralne i zielone ekrany oceanu; obraz jest przepyszny i celowo rzemieślniczy, teatralny w najlepszym znaczeniu tego słowa.

Napędem całości jest Sparks. Ron i Russell Mael napisali historię i piosenki, a Annette zaczęła życie jako jeden z ich albumów, zanim Carax nie przerobił go na kino. Partytura nawija swoje motywy jak zaklęcia — “We Love Each Other So Much” powraca tak często, że brzmi mniej jak wyznanie miłości, bardziej jak pułapka — i wymaga od aktorów śpiewania na żywo, surowo i bez retuszu. Simon Helberg w roli akompaniatora, który niegdyś kochał Ann, dostaje najbardziej po cichu druzgocący numer w filmie: dyryguje orkiestrą i jednocześnie wyznaje wprost do kamery.

Driver jest nadzwyczajny — siła ledwo poskromionego zagrożenia, która śpiewa przez zaciśnięte zęby i ani przez chwilę nie pozwala zdecydować, czy Henry jest zranionym artystą, czy potworem w kostiumie artysty. Cotillard ma rolę trudniejszą i mniej wdzięczną — Ann jest z założenia bardziej ikoną niż postacią — i wypełnia cisze między nutami prawdziwą żałobą. Film wie, że zmierza ku aktowi przemocy, i buduje grozę na długo zanim ta nadejdzie.

Annette otworzyła festiwal w Cannes i przyniosła Caraxowi nagrodę za reżyserię, po czym podzieliła widownię dokładnie na pół — co jest dokładnie taką reakcją, jaką powinien wywoływać film tak zaangażowany we własną dziwność. Od tamtej pory stwardniał w obiekt kultowy: musical, który stawia wszystko na jedną kartę, jakiego system studyjny nie potrafi już produkować, utrzymywany przy życiu przez widzów, którzy cenią sobie dokładnie to, co wypędza wszystkich pozostałych do wyjść.

Nadmierny, prowokacyjny i skonstruowany z prawdziwym rzemiosłem, Annette to rzadki współczesny musical z odwagą, by być trudnym. Nie będzie dla każdego — i nie ma najmniejszego zamiaru nim być. Kochamy go właśnie za to.

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.