Filmy

Avatar: Ogień i popiół – recenzja: Pandora Camerona płonie jasno, lecz znajomo

Trzecia podróż Jamesa Camerona na Pandorę to techniczny cud zbudowany wokół historii, którą już znasz – a mimo to największa rzecz na każdym ekranie.
Camille Lefèvre

Jest taki moment w wulkanicznym sercu Avatara: Ogień i popiół, gdy kadr wypełnia się żarem i popielnym światłem, a ty przypominasz sobie, z uczuciem bliskim podziwu, że James Cameron wciąż włada największym płótnem w kinie. Potem jakaś postać wypowiada kwestię, którą — jesteś niemal pewien — słyszałeś już dwa filmy temu, i czar zaczyna migotać. To przeciąganie liny — zdumienie i déjà vu wymieniające ciosy przez trzy godziny i osiemnaście minut — stanowi całe to doświadczenie i właśnie dlatego film jest jednocześnie widowiskiem sezonu i najbardziej dzielącym rozdziałem, jaki ta seria wydała.

Trzecia odsłona wypycha Jake’a Sully’ego (Sam Worthington) i Neytiri (Zoe Saldaña) z raf prosto w ogień. Wciąż obolała po śmierci najstarszego syna, rodzina Sullych zderza się z Ludem Popiołu – wypalonym, ekspansywnym klanem Na’vi, którym rządzi Varang (Oona Chaplin), pierwsza antagonistka tej sagi, która sprawia wrażenie naprawdę groźnej, a nie jedynie opancerzonej. Po raz pierwszy Pandora nie jest rajem do obrony, lecz piecem do przetrwania, a zmiana żywiołu wkłada w ręce Camerona świeżą paletę czerni, czerwieni i duszącej szarości, którą atakuje z wyraźną rozkoszą.

YouTube video

Pod względem czystego rzemiosła Ogień i popiół jest oszałamiający. Symulacja ognia, wulkaniczne panoramy, Wiatraczni przemierzający na swych meduzowych sterowcach posiniaczone niebo – to, klatka po klatce, najpiękniejszy hit kinowy od lat, a zdobyta nagroda BAFTA za efekty wizualne wydaje się raczej powściągliwa niż hojna. Cameron i jego ekipa nie tylko wyrenderowali ogień; nadali mu ciężar, temperaturę i grozę. Na prawdziwym ekranie IMAX lub o wysokiej liczbie klatek nie istnieje obecnie żaden rywal dla tego, co ten film robi ze ścianą światła.

A jednak scenariusz wciąż sięga po te same rytmy. Rodzina w niebezpieczeństwie, zagrożony raj, przybysz uczący się pokory, trzeci akt rozwiązujący się mniej więcej w kształcie, który przewidziałeś już z pierwszej rolki – Ogień i popiół powtarza strukturalny rytm swoich poprzedników na tyle wiernie, że nawet przychylni krytycy sięgnęli po słowo „autopilot”. Przy 198 minutach ma miejsce na wszystko prócz zaskoczenia, a fragmenty między scenami popisowymi obwisają w sposób, jakiego zwięźlejsze dzieła Camerona nigdy nie znały. To pierwszy raz od pokolenia, gdy jeden z jego filmów pojawił się i naprawdę podzielił salę.

Obsada trzyma front. Saldaña pozostaje rozżarzonym jądrem całego przedsięwzięcia, obdarzając Neytiri żałobą, którą cyfrowy proces przekazuje bez rozcieńczenia; Worthington jest stateczniejszy i smutniejszy niż wcześniej. Ale to Varang w wykonaniu Chaplin wychodzi z filmu jako zwyciężczyni – złoczyńczyni z przekonania, a nie z banału, furia owinięta wokół prawdziwej rany. Ronal Kate Winslet, Kiri Sigourney Weaver i bez końca recyklingowany Quaritch Stephena Langa mają każde swoje chwile, nawet jeśli zespół jest już na tyle liczny, że niektóre wątki pozostawiono raczej tlące się niż domknięte.

Avatar: Fire and Ash
Avatar: Fire and Ash. © 20th Century Studios / Disney.

Gdzie więc zostawia nas to z werdyktem? Ogień i popiół nie jest objawieniem, jakim był pierwszy Avatar, ani czystą maszyną emocji z Istoty wody; krytycy obdarzyli go najchłodniejszymi recenzjami w serii, podczas gdy widzowie przepchnęli go ponad półtora miliarda dolarów i czwarty dziesięciocyfrowy wynik w karierze Camerona. Obie strony mają rację. To znajoma historia opowiedziana z panowaniem nad widowiskiem, jakiego nikt inny żyjący obecnie nie posiada – a jeśli masz w tym roku obejrzeć jeden film na największym, najgłośniejszym ekranie, jaki znajdziesz, argument za tym właśnie pisze się sam. Uzbrój się w cierpliwość wobec długości; ogień jest tego wart.

Reżyseria

James Cameron

James Cameron

Obsada

Tagi: , , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.