Filmy

Avatar: Fire and Ash — widowiskowość przyćmiewa wtórną opowieść

Trzecia podróż Jamesa Camerona na Pandorę to techniczny cud zbudowany wokół historii, którą już znasz – a mimo to największa rzecz na każdym ekranie.
Camille Lefèvre
Dodaj nas w Google

Już sekwencja otwierająca Avatar: Fire and Ash — chaotyczna zasadzka klanu Mangkwan — uderza z ogromną siłą, a zamęt potęguje charakterystyczne dla Jamesa Camerona połączenie efektów praktycznych z najnowocześniejszym CGI. Kupiecki konwój staje w płomieniach, rodzina Sullych rozprasza się, a muzyka narasta, gdy kamera sunie nad świetlistymi krajobrazami Pandory. To przypomnienie, dlaczego Cameron wciąż należy do największych widowiskowych twórców kina. W miarę rozwoju filmu staje się jednak jasne, że sama spektakularna oprawa nie wystarczy, by udźwignąć tę historię.

Cameron zawsze świetnie budował światy, a Pandora nadal zachwyca kunsztem projektu: jej bioluminescencyjna roślinność i monumentalne krajobrazy zostały oddane z oszałamiającą dbałością o szczegóły. Sceny akcji, zwłaszcza napad Mangkwanów na kupiecki konwój, trzymają w napięciu i pokazują talent Camerona do tworzenia widowiskowych sekwencji na wielką skalę. Muzyka Simona Franglena dodaje całości głębi, nadając Ash People odrębną tożsamość muzyczną, która podkreśla ich złowrogi charakter.

YouTube video

A jednak Fire and Ash potyka się tam, gdzie stawka jest największa: w opowieści. Film powiela motywy i wątki fabularne z wcześniejszych części serii, mocno opierając się na żałobie Jake’a Sully’ego (Sam Worthington) po śmierci syna oraz narastającej nienawiści Neytiri (Zoe Saldaña) do ludzi. Te emocjonalne akcenty wydają się znajome, a nie świeże, zaś scenariuszowi trudno pogodzić kilka zagrożeń — siły RDA i Mangkwanów — tak, by uniknąć wrażenia powtórzeń.

Aktorzy wypadają solidnie, ale materiał rzadko pozwala im wznieść się ponad poprawność. Worthington i Saldaña jak zwykle grają z pełnym zaangażowaniem, lecz rozwój ich postaci nie zaskakuje i nie ma większej głębi. Powrót Stephena Langa w roli Quaritcha to jeden z mocniejszych punktów filmu — jego charyzma i groźna aura ożywiają nawet słabsze momenty. Kate Winslet jako Ronal wnosi powagę, mimo ograniczonego czasu na ekranie, a Varang w wykonaniu Oony Chaplin, choć jako pomysł na postać wypada intrygująco, nie zdołała w pełni wymknąć się schematom bezwzględnej złoczyńczyni.

Filmowi nie służy też jego metraż. Trwające ponad trzy godziny Fire and Ash sprawia wrażenie rozwleczonego, szczególnie w środkowej części, gdzie problemy z tempem odbierają opowieści rozpęd. Emocjonalny rdzeń filmu — walka Jake’a i Neytiri o bezpieczeństwo rodziny — nie wybrzmiewa z należytą siłą, częściowo dlatego, że scenariusz nie potrafi spójnie połączyć rozproszonych wątków.

Pod względem tematycznym Fire and Ash wraca na dobrze znany teren: empatii, wzajemnego zrozumienia i ceny wojny. Cameron podejmował te kwestie już wcześniej i choć tutaj również trafiają do widza, nie wydają się tak pilne ani oryginalne jak w poprzednich filmach. Próba połączenia ekologicznego przesłania z dramatem rodzinnym jest godna uznania, ale często sprawia wrażenie wątku dodanego na marginesie, a nie siły napędowej opowieści.

Wizualnie film jest triumfem. Cameron wciąż przesuwa granice możliwości motion capture i CGI, tworząc świat, który jednocześnie wydaje się obcy i wciągający. Zdjęcia zachwycają, a rozległe ujęcia pandorańskich krajobrazów przypominają, dlaczego ta seria pozostaje technologicznym majstersztykiem. Mimo całego wizualnego przepychu Fire and Ash brakuje jednak spójności narracyjnej, która tak angażowała w Avatar: The Way of Water.

Kolejnym problemem jest tempo filmu. Sceny akcji trzymają w napięciu, ale spokojniejsze momenty — żałoba Jake’a i Neytiri czy zmagania Kiri (Sigourney Weaver) z próbą nawiązania więzi z Eywą — wydają się pospieszne albo niedopracowane. W efekcie film raz po raz przechodzi od oszałamiającego widowiska do narracyjnego zastoju.

Mimo to nie brakuje znakomitych momentów. Finałowa, rozległa bitwa między rodziną Sullych, Mangkwanami i siłami RDA to techniczny majstersztyk: połączenie CGI, efektów praktycznych i pracy kamery przypomina, dlaczego Cameron pozostaje mistrzem swojego rzemiosła. Przekaz filmu dotyczący takich kwestii jak empatia i wzajemne zrozumienie również trafia do widza, nawet jeśli nie wnosi niczego nowego.

Avatar: Fire and Ash nie jest porażką, ale trudno uznać go za film, który koniecznie trzeba zobaczyć. To propozycja dla fanów serii — widzów ceniących wizualny rozmach Camerona i gotowych przymknąć oko na słabości fabuły.

Obsada

Zdjęcia: The Movie Database (TMDB)

Tagi: , , , , ,

Dodaj nas w Google

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.