Filmy

Downey wraca do Marvela nie jako bohater, ale jako Doctor Doom

Martha O'Hara

Pierwszy kadr, który Marvel każe zapamiętać przy „Avengers: Doomsday”, jest przeładowany. W centrum plakatu stoi zamaskowana postać w zieleni i stali, a światło wokół niej rozszczepia się na trzy temperatury: ciepłe złoto boga piorunów po jednej stronie, chłodny błękit rodziny w dopasowanych kombinezonach po drugiej, a za nimi posiniaczony fiolet mutantów, którzy nigdy nie dzielili ekranu z tymi bohaterami. Obraz skomponowano tak, by wyglądał na przeciążony. To przeciążenie jest całym pomysłem.

Film wyciąga swoich bohaterów z trzech osobnych filmowych światów i ustawia ich na kursie kolizyjnym z jednym władcą. Zagrożenie jest egzystencjalne, obsada ogromna, ale prawdziwym tematem obrazu pozostaje geometria samego crossoveru — pytanie, czy trzy grupy postaci zbudowane w różnej skali i w różnym tonie mogą dzielić jedną opowieść, nie rozpadając się w defiladę nazwisk. Marvel nie sprzedaje tu fabuły, lecz gęstość, i stawia na to, że sama gęstość ściągnie widzów z powrotem do kin.

YouTube video

Argumentem jest obsada. Robert Downey Jr., którego twarz uruchomiła całe przedsięwzięcie, wraca nie jako bohater, od którego się zaczęło, lecz jako Victor von Doom, opancerzony autokrata, który zamierza je zakończyć. Anthony i Joe Russo, reżyserzy dwóch ostatnich finałów Avengersów, oddają ciężar filmu złoczyńcy, a nie drużynie. Wokół niego jeden róg kadru trzymają obecni Avengersi: Thor Chrisa Hemswortha, Sam Wilson Anthony’ego Mackiego, Yelena Belova Florence Pugh, Scott Lang Paula Rudda. Pedro Pascal, Vanessa Kirby i Ebon Moss-Bachrach wprowadzają Fantastyczną Czwórkę z własnego zakątka mapy Marvela. Magneto Iana McKellena, Cyclops Jamesa Marsdena i Gambit Channinga Tatuma otwierają na nowo świat mutantów, który przez dwie dekady pozostawał w rękach innego studia.

Nazwisko braci Russo zbudowały tłumy. Konfrontacja na lotnisku, zniknięcie połowy wszechświata, finałowy skok w czasie: ich instynkt każe traktować widowisko jak logistykę, dawać wielkiej obsadzie poczucie planu realizowanego na żywo. „Doomsday” żąda od nich rozegrania tej samej zagrywki w światach, które nigdy nie były projektowane tak, by się zetknąć. To trudniejsze zadanie niż jakikolwiek jednoliniowy film o Avengersach, bo szwy między tymi światami są tu opowieścią, a nie detalem do wygładzenia w korekcji barwnej. Dwa poprzednie razy, gdy zamykali cykl Avengersów, filmy organizowały się wokół jednej centralnej nieobecności — bohatera do opłakania albo złoczyńcy do powstrzymania. Tutaj dziedziczą pełną talię i żadnego oczywistego protagonisty, a zwiastun starannie nie zdradza, do kogo ostatecznie należy kamera.

Zwiastun sprzedaje fakturę, zanim sprzeda fabułę. Zbroja Dooma czyta się jak rzeźba, nitowana i zwietrzała, bliższa średniowiecznej masce bojowej niż superbohaterskiemu kostiumowi, i film wyraźnie chce, by ten ciężar zakotwiczył historię, która inaczej mogłaby rozpuścić się w nieważkiej grafice komputerowej. Trzy uniwersa przybywają oznaczone kolorami, zanim zostaną wyjaśnione, co jest sprawnym sposobem na utrzymanie czytelności rozległej obsady i ryzykownym sposobem na sprowadzenie całych grup postaci do palety barw. Światło robi tu ekspozycję, na którą scenariusz nie miał jeszcze czasu.

Nic z tego nie dowodzi, że crossover się trzyma. Film gromadzący tyle twarzy wciąż musi zdecydować, czyja to opowieść, a zwiastun potrafi odkładać tę decyzję w nieskończoność. Obsadzenie Downeya w roli antagonisty to prawdziwy hazard: żąda od widowni, która przez dekadę czytała jego twarz jako sumienie franczyzy, by przyjęła ją za maską, jako samo zagrożenie. Obraz nie pokazał, jak wraca Steve Rogers, jak mutanci i Avengersi nagle dzielą jedną rzeczywistość ani czy „trzy uniwersa” to struktura, na którą scenariusz zapracował, czy tylko chwytliwe hasło marketingu. Marvel spędził ostatni odcinek swojej produkcji, tłumacząc się właśnie z takiego przeludnienia — z filmów, w których obsada rosła szybciej niż powód jej istnienia. Gęstość to nie spójność, a zbiór bohaterów to jeszcze nie opowieść.

Ensemble from Avengers: Doomsday, directed by the Russo brothers
The Avengers, Fantastic Four and X-Men in Avengers: Doomsday (2026)

Scenariusz napisał Stephen McFeely, wyreżyserowali bracia Russo dla Marvel Studios, a film trwa nieco ponad dwie i pół godziny i skupia obsadę liczącą dziesiątki nazwisk wokół Dooma. Shang-Chi Simu Liu, Loki Toma Hiddlestona i John Walker Wyatta Russella należą do powracających postaci, a Chris Evans figuruje na liście, której pełen kształt Marvel celowo pozostawia niedopowiedziany. To science fiction skrojone jak finał serialu, wydarzenie zbudowane tak, by zamknąć jedną erę franczyzy i otworzyć następną.

Brak potwierdzonej polskiej daty premiery w chwili publikacji; globalna premiera zaplanowana jest na połowę grudnia 2026. Czas trwania to 165 minut. Czy film się scala, czy jedynie zwołuje, stawia na to, że sam widok tych światów wciśniętych w jeden kadr przetrwa dłużej niż pytanie, dlaczego w ogóle do siebie należą.

Obsada

Tagi: , , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.