Filmy

Obywatel Kane: debiut, który rozsadził kino i już nigdy nie oddał prowadzenia

Osiemdziesiąt lat później pełnometrażowy debiut Orsona Wellesa wciąż pozostaje filmem, którym mierzy się wszystkie inne.
Martha O'Hara

Umierający wypuszcza z dłoni szklaną kulę, mamrocze jedno słowo i zaczyna się najczęściej analizowana zagadka w dziejach kina. „Rosebud” nie wyjaśnia niczego i wyjaśnia wszystko, a reporter wysłany, by ją rozszyfrować, nigdy nie dostaje jasnej odpowiedzi — tylko sprzeczne wspomnienia tych, którzy kochali, wykorzystali i porzucili Charlesa Fostera Kane’a. To cały silnik Obywatela Kane’a i wciąż najelegantsza pułapka, jaką kiedykolwiek zbudował twórca filmowy.

Zapytajcie krytyków o największy film wszech czasów — to ten tytuł kotwiczy rozmowę dłużej niż jakikolwiek inny. Nie dlatego, że jest najcieplejszy czy najprzyjemniejszy — to chłodne, ostre jak skalpel studium człowieka, który kupuje wszystko i nie czuje nic — lecz dlatego, że niemal każda technika, którą dzisiejsi reżyserzy uznają za oczywistość, jest tu już w pełni ukształtowana, w debiucie podpisanym przez dwudziestopięciolatka, który nigdy wcześniej nie reżyserował filmu.

YouTube video

Dwudziestopięciolatek, któremu dano klucze do wytwórni

Orson Welles przyjeżdża do Hollywood w 1939 roku jako cudowne dziecko radia i teatru, świeżo po słuchowisku Wojny światów, które przekonało część Ameryki, że lądują Marsjanie. RKO oferuje mu kontrakt tak hojny, że stał się legendarny: niemal pełna kontrola twórcza, ostateczny montaż, wolność do publicznej porażki. Welles wykorzystuje ją, by sportretować człowieka zniszczonego właśnie przez taką niczym nieskrępowaną władzę.

Scenariusz rodzi się z Wellesa i z genialnego, autodestrukcyjnego Hermana J. Mankiewicza, a spór o to, komu należy się większa część zasług, przetrwał obu — rozpalony na nowo esejem Pauline Kael „Raising Kane” z 1971 roku i sfilmowany dekady później w Manku Davida Finchera. Bezsporny jest rezultat: scenariusz, który opowiada jedno życie poza chronologią, przez pięciu narratorów, z których każdy widział innego Kane’a.

Gregg Toland i spojrzenie, które wszyscy skopiowali

Operator Gregg Toland jest sekretnym współautorem filmu. Jego głębia ostrości utrzymuje jednocześnie pierwszy plan, średni dystans i ścianę w głębi w idealnej ostrości, tak że jedno ujęcie może pomieścić dziecko bawiące się w śniegu za oknem, podczas gdy w środku dorośli przehandlowują jego przyszłość. Welles filmuje od podłogi w górę, buduje prawdziwe sufity w dekoracjach i pozwala twarzom tonąć w kałużach cienia — to światłocień, który zapożyczy tysiąc filmów noir.

Montaż jest równie niespokojny. Welles ściska małżeństwo w dwuminutowy montaż coraz chłodniejszych śniadań, rozpuszcza lata w sekundach i otwiera całość „News on the March”, fałszywą kroniką, która wręcza ci publiczną biografię Kane’a, zanim prawdziwy, intymny film zacznie ją rozkładać na części.

Citizen Kane (1941)
Obywatel Kane (1941)

Rosebud, czyli układanka jako portret

Struktura jest znaczeniem. Odmawiając podania nam jednej autorytatywnej wersji Kane’a i piętrząc zamiast tego pięć cząstkowych, stronniczych, sprzecznych świadectw, film dowodzi, że żadnego życia nie da się streścić — najmniej zaś temu, kto je przeżywa. Każda retrospekcja dodaje fakt i odejmuje pewność, aż widz wie o Kanie więcej niż ktokolwiek w opowieści, a mimo to nie potrafi go dosięgnąć.

I wtedy ostatnie ujęcie dostarcza odpowiedzi, której reporter nigdy nie otrzymuje. Rosebud to nie fortuna, nie kobieta ani ostatni tajny układ: to sanki z dzieciństwa wymienionego na pieniądze i wpływy w chwili, gdy się zaczynało. Odsłona jest sławna aż do parodii, a mimo to wciąż działa, bo cały film po cichu uczył cię, że najmniejsza utracona rzecz może przeważyć imperium.

Bernard Herrmann i dźwięk rodem z radia

To była pierwsza filmowa partytura Bernarda Herrmanna, a on traktuje ją jak postać, przeplatając motywy przewodnie przez wzlot i upadek Kane’a, zanim zdefiniuje brzmienie Hitchcocka. Welles, człowiek radia, nakłada dialogi tak, by rozmowy zdawały się podsłuchane, a nie zagrane, bawi się echem, by uczynić słyszalnymi ogromne puste sale Kane’a, i — co decydujące — wie dokładnie, kiedy zapaść w ciszę. Ścieżka dźwiękowa jest tak nowoczesna jak kamera.

Hearst, skandal i wyniki kasowe

Kane był bez wątpienia wzorowany na prasowym magnacie Williamie Randolphie Hearście, i Hearst o tym wiedział. Jego gazety odmówiły reklamowania filmu, jego prawnicy naciskali na RKO, a wytwórni — jak mówiono — zaoferowano pieniądze za spalenie negatywu. Krótkoterminowo kampania zadziałała: film jednomyślnie podziwiany przez krytykę słabo zarobił i zahamował karierę Wellesa niemal zanim się zaczęła. Długoterminowo opowieść potoczyła się inaczej.

Nasz werdykt

Dziewięć nominacji do Oscara przełożyło się na jedną statuetkę — najlepszy scenariusz oryginalny — i na gwizdy branży, którą wprawił w zakłopotanie. Potem przyszła rewizja: pierwsze miejsce w ankiecie krytyków Sight & Sound od 1962 do 2012 roku, numer jeden na liście AFI kina amerykańskiego, członek-założyciel National Film Registry. Od tamtej pory został łagodnie zdetronizowany w niektórych ankietach, i słusznie: tak żywy film zasługuje na to, by się o niego spierać, a nie go balsamować.

Ponad osiem dekad później jego portret człowieka, który myli panowanie nad rozmową z byciem kochanym, czyta się mniej jak historię, a bardziej jak ostrzeżenie wymierzone wprost w naszą epokę medialnych imperiów i wyreżyserowanych „ja”. To nie jest doskonały film, w którym się zakochujemy; to film, który nauczył kino, do czego jest zdolne. Dlatego dostaje niemal perfekcyjną ocenę i dlatego twórcy rankingów wciąż do niego wracają.

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.