Filmy

Days of Thunder 2: dlaczego Paramount wybrał Jonathana Levine’a, anty-Tony’ego Scotta, dla Toma Cruise’a

Camille Lefèvre

Studio nie mówi, jaki film chce nakręcić, ogłaszając tytuł – mówi to, gdy podaje nazwisko reżysera. Wskrzeszenie „Days of Thunder” przez Paramount, z Tomem Cruisem ponownie za kierownicą stock cara Cole’a Trickle’a, odczytywano niemal wszędzie jako kolejną wygrzebaną z grobu własność dla nostalgicznej publiczności. Bardziej wymowny szczegół znajduje się o jedno zdanie niżej w branżowych doniesieniach: człowiekiem, który prowadzi rozmowy o wyreżyserowaniu filmu, jest Jonathan Levine – a Levine, z temperamentu i z filmografii, jest niemal całkowitym przeciwieństwem twórcy oryginału.

Ten pierwszy film należał do Tony’ego Scotta, zmarłego stylisty, który właśnie powrócił do współpracy z Cruisem po „Top Gun”. To było kino czystej powierzchni – chrom, mgła cieplna, silniki kadrowane jak myśliwce, styl high-gloss w swoim najbardziej lśniącym i najmniej wewnętrznym wydaniu. Poruszało się pięknie, ale dawało bardzo mało; recenzje były niełaskawe, publiczność zaledwie uprzejma. Brakowało mu właśnie tego, co sequel zdaje się teraz dostarczać.

Bo kino Levine’a to kino wnętrza. Jest reżyserem „50/50”, komedii rozgrywającej się na oddziale chemioterapii; „Warm Bodies”, filmu o zombie, który okazał się opowieścią o czułości; „Long Shot”, romansu opartego na dialogach, niosącego się dzięki chemii między Charlize Theron i Sethem Rogenem. Jego rejestrem są uczucia, rozmowy, zbliżenie na człowieka – nie wzniosłość pojazdów. Od ponad siedmiu lat nie wypuścił żadnego filmu, a w jego dorobku nie ma ani jednej dużej sekwencji akcji. Na papierze powierzenie mu produkcyjnego przeboju wyścigowego wygląda jak nietrafiony casting. Odczytane przez pryzmat ostatnich pięciu lat kariery Cruise’a wygląda jak teza.

Ta teza ma nazwę: „Top Gun: Maverick”. Lekcja, którą Paramount i Cruise z niego wyciągnęli – oraz z niedawnego triumfu „F1”, którego gromki sukces kasowy rzekomo przywrócił ten projekt do życia – nigdy nie brzmiała, że publiczność pragnie prędkości. Prędkość jest tania i przeważnie generowana komputerowo. To, co sprzedawał „Maverick”, to żałoba: sequel z dawnych czasów, którego prawdziwym silnikiem była żałoba, śmiertelność, ciężar powracającej twarzy. Spektakl trafił, ponieważ coś pod nim bolało. Zatrudnienie reżysera bolących wnętrz do zrobienia filmu wyścigowego nie jest dziwnym wyborem. To formuła „Mavericka” wyrażona wprost – aż nazbyt wprost.

Dowody na to, że studio goni za uczuciem, a nie za mocą, wciąż się mnożą. Sam dramat sportowy, który przywoływany jest jako dowód zaufania do Levine’a, jest dramatem; to jego pokazy testowe, a nie wyczyny kaskaderskie, zdobyły dla niego tę salę. Producenci zabiegali o autentyczność u samej NASCAR, konsultując się z kierowcami, którzy chcieli osadzonej w realiach historii, a nie kolejnego „Talladega Nights”. Nawet nadszarpnięta reputacja oryginału staje się atutem: nie mając nic świętego do uhonorowania, sequel może być zupełnie innym filmem.

A jednak gatunek, który Cruise doprowadził do perfekcji, wymaga dwóch rzeczy naraz, a Levine przekonująco dostarczył tylko jednej. „Maverick” i „F1” nie są kameralnymi dziełami; są inscenizowane z fizycznym rozmachem – prawdziwe kokpity, prawdziwe przeciążenia, kamera przyspawana do maszyny – którego żadna doza dramaturgicznej wrażliwości nie jest w stanie podrobić. Filmowiec może doskonale rozumieć, co czuje człowiek pędzący trzysta kilometrów na godzinę, a wciąż nie wiedzieć, jak sfilmować tę trzystukilometrową prędkość. To jest zakład, jaki stawia Paramount: że reżysera uczuć można nauczyć gramatyki spektaklu szybciej, niż stylisty można nauczyć czuć.

Jeśli studio ma rację, anty-Tony Scott dokona tego, co samemu Scottowi nigdy nie udało się z tym materiałem – sprawi, że „Days of Thunder” będzie coś znaczyć. Jeśli się myli, Paramount zatrudni reżysera, który ma w zasadzie gwarancję, że zrobi wszystko w filmie wyścigowym doskonale – poza samymi wyścigami.

Tagi: , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.