Filmy

Sam Neill: „To film, który na zawsze zostanie w historii kina. A ja w nim służyłem”

Camille Lefèvre

Aktor przez całą karierę decyduje, co ma znaleźć się w centrum kadru. Sam Neill spędził ją, oddając to miejsce komuś innemu, a teraz, gdy go już z nami nie ma, branża, która nigdy do końca nie zrobiła z niego pierwszoplanowej gwiazdy, odkrywa, że posiadała coś znacznie rzadszego. Oto zdanie, które wybrał, by pożegnać film, który uhonorował wszystkich oprócz niego.

„To film, który na zawsze zapisze się w historii kina. A ja w nim służyłem.”

Napisał je o Pianistce – zimnym, kolonialnym dramacie Jane Campion – i „Variety” wróciło do tych słów w tym tygodniu jako do najprawdziwszego epitafium: nie ryk blockbustera, ale spokój rzemieślnika. Przeczytajcie je raz – to godność w obliczu afrontu. Przeczytajcie drugi raz, a czasownik przewraca wszystko do góry nogami. Służyłem. Nie „grałem główną rolę”, nie „ciągnąłem film”, nie „ukradłem show”. Neill mierzył swoją wartość nie tym, co film zrobił dla niego, ale tym, czym film się stanie – dla historii medium i dla ludzi, którzy będą go oglądać długo po tym, jak jego nazwisko zniknie z plakatu. To credo auteura wypowiedziane z fotela aktora: film ponad ego, które go zamieszkuje, wizja ponad próżnością, która jej służy.

Obraz Campion zebrał osiem nominacji do Oscara, a jego pominięto w każdej kategorii – i według wszystkich relacji nawet go to nie ruszyło. Grał Alisdaira Stewarta, sztywnego, zranionego męża, zimny biegun, przy którym mierzono żar filmu, niezbędną ciszę w dziele o wszystkim, czego nie można powiedzieć głośno. Lata później opisał ten film jako „medal na piersi”. Maszyna uznania przeszła obok niego; on uznał, że uznanie jest nieistotne.

To credo wyjaśnia kształt całej kariery. Był najlepszym drugim skrzypkiem w kinie, grając u boku Judy Davis w Mojej wspaniałej karierze Gillian Armstrong, zanim świat w ogóle ich znał, i traktując epizod jako kwestię honoru, a nie przeprosin. Nawet jego jedna prawdziwa franczyza podlegała tej zasadzie: jako paleontolog Alan Grant był dorosłym nadzorem, jakiego wymagał spektakl, ludzką miarą, która sprawiała, że dinozaury były ogromne. Zawsze rozumiał zadanie.

Była też cena, i był wobec niej szczery. Park Jurajski i jego sequelsy kupiły mu wolność do grania ról, które sam z radością nazywał niepamiętnymi – i grał je. Ale rachunek nigdy nie przechylił się w stronę próżności. Ta sama wolność pozwoliła mu pracować na obrzeżach wizji innych twórców – od gatunkowego niepokoju Johna Carpentera po Polowanie na dzikich ludzi Taiki Waititiego – i zaczęła się, na długo przed Hollywood, od Śpiących psów, filmu, który wypchnął kino Nowej Zelandii na światowe ekrany, z Neillem na czele.

Służyć filmowi – to słowo żołnierza i słowo kapłana, i chyba ostatnia rzecz, jakiej można by oczekiwać od branży, która sprzedaje swoje twarze na metry. Neill rzucił je bez cienia ironii i dlatego przetrwa okulary słoneczne i brachiosaura. Filmy, którym służył, zachowają swoje miejsce w historii kina. Od dziś – także człowiek, który był tam tylko po to, by im służyć.

Tagi: , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.