Filmy

Wall Street, moralitet Olivera Stone’a, który całe pokolenie wzięło za poradnik sukcesu

Martha O'Hara

Niektórzy filmowi złoczyńcy są stworzeni, by budzić odrazę. Gordon Gekko był stworzony, by budzić odrazę – a zamiast tego założył religię. Oliver Stone nakręcił Wall Street jako wściekły moralitet o młodym maklerze, który sprzedaje duszę, i przez niemal czterdzieści lat cytowali mu go z powrotem właśnie ci, którzy powinni byli poczuć się oskarżeni: zaczesane włosy, szelki naciągnięte na koszulę, «chciwość jest dobra» recytowane jak werset, a nie jak ostrzeżenie, którym było.

Stone znał ten świat od środka: jego ojciec był maklerem giełdowym i to jemu film jest dedykowany. Ta bliskość tłumaczy, dlaczego Wall Street wciąż iskrzy. Znacznie mniej interesuje go mechanika arbitrażu niż jej uwodzicielska siła – ten odurzający moment, w którym ambitny chłopak z Queens odkrywa, że zasady są dla innych. Dialogi są twarde i nieskończenie cytowalne, rytm nie odpuszcza. To film o pieniądzach, który od pierwszego ujęcia rozumiał, że pieniądze nigdy nie były istotą rzeczy.

YouTube video

Faustowski pakt w narożnym gabinecie

Bud Fox to makler drugiego rzędu, tonący w zimnych telefonach i ambicji, póki nie wprosi się wreszcie do gabinetu Gordona Gekko, korporacyjnego rekina, którego ubóstwia. Gekko go sprawdza, wykorzystuje i powoli przerabia: karmi go poufnymi informacjami, apartamentem, olśniewającą dziewczyną i skalą wartości mierzoną wyłącznie w płynności. Kształt opowieści to czysty Faust: pokusa, wzlot i rachunek, który zawsze nadchodzi. Stone nie udaje, że nie wiemy, jak to się skończy; napięcie tkwi w obserwowaniu, jak Bud nie chce tego dostrzec.

To, co chroni moralitet przed zsunięciem się w kazanie, to elektryzujący sposób, w jaki Stone filmuje pokusę. Kamera Roberta Richardsona krąży po parkiecie jak drapieżnik, Claire Simpson montuje transakcje niemal jak walkę, a scenografia – cegła telefonu komórkowego, chrom, świecące ekrany Quotronu – dojrzała do roli idealnej kapsuły czasu dekady. Film sprawia, że zły wybór wygląda elektryzująco, i właśnie dlatego dobry wybór, kiedy w końcu nadchodzi, kosztuje Buda wszystko, czego rzekomo pragnął.

Kadr z filmu Wall Street (1987)
Wall Street (1987), reżyseria Oliver Stone.

Rola, która pożarła kulturę

A potem jest Michael Douglas. Gordon Gekko to jedna z wielkich kreacji kina: uśmiechnięty rekin, który głosi swoją ewangelię chciwości przed zgromadzeniem akcjonariuszy z przekonaniem kogoś, kto nigdy się nie pomylił. Douglas zdobył Oscara dla najlepszego aktora i widać to w każdej scenie: gra potwora jak uwodziciela, nigdy jak karykaturę, i to właśnie czyniło go tak niebezpiecznym wzorem. Głęboka ironia Wall Street polega na tym, że widz miał się od Gekko odwrócić, a zamiast tego całe pokolenie postanowiło chcieć być nim.

Wokół Douglasa obsada pracuje precyzyjnie. Charlie Sheen sprawdza się jako naiwny Bud – głodny, przerośnięty przez sytuację, łatwy do prowadzenia – choć jest, co oczywiste, najmniej władczą obecnością we własnym filmie. Mistrzowskim posunięciem jest Martin Sheen, prawdziwy ojciec Charliego, jako Carl Fox, związkowy mechanik, który uosabia wszystko, czym Buda uczy się gardzić; ich starcie daje filmowi moralny kręgosłup. Hal Holbrook jako zmęczony weteran dostarcza sumienia, a Terence Stamp i James Spader dopełniają świat, w którym absolutnie wszystko jest na sprzedaż.

Dlaczego wciąż wypłaca dywidendę

Ładunek polityczny nie jest subtelny – Stone nigdy nie był subtelnym twórcą – a niektóre fragmenty zdradzają dziś swój wiek, na czele z niedopisanym wątkiem miłosnym z postacią Daryl Hannah. Ale diagnoza była porażająco trafna. Wall Street przyszedł jako ostrzeżenie przed kulturą, która wielbiła dźwignię finansową i myliła ją z geniuszem, a każdy późniejszy krach tylko to potwierdzał. Stone wrócił do Gekko w kontynuacji dziesięciolecia później; w gruncie rzeczy nie musiał, bo oryginał powiedział już wszystko.

To, co pozostaje, to dziwne podwójne życie filmu: przypowieść-ostrzeżenie tak charyzmatyczna, że ostatecznie zwerbowała tych samych, których miała przestraszyć. Szkoły biznesu wciąż ją wyświetlają. Parkiety wciąż ją cytują. Ten rozziew – między tym, co Stone chciał powiedzieć, a tym, co kultura z tego wzięła – jest najuczciwszą rzeczą w filmie, bo jest też najuczciwszą rzeczą, jaką można powiedzieć o pieniądzach. Wall Street nie jest filmem doskonałym, ale jest filmem niezbędnym: ostrym, uwodzicielskim, moralnie poważnym dziełem amerykańskiego kina, które zrozumiało swój temat na tyle dobrze, by zostać przez niego źle zrozumiane.

Tagi: , , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.