Autorzy

George Orwell, pisarz zakazany przez reżimy, które sam opisał

Penelope H. Fritz
George Orwell
George Orwell
Photo: Cassowary Colorizations / CC BY 2.0, via Wikimedia Commons
Urodzony25 czerwca 1903
Motihari, British India
Zmarł21 stycznia 1950 (46)
ZawódPowieściopisarz, eseista i dziennikarz

Krąży o George’u Orwellu historia, która – powtarzana tak często – sama stała się tym, co opisuje: wygodną fikcją, która zastąpiła skomplikowaną prawdę. W tej wersji jest prorokiem państwa nadzoru, samotnym wartownikiem, który – zanim reszta XX wieku znalazła na to słownictwo – rozpoznał, co scentralizowana władza zamierza zrobić z ludzkim myśleniem. Zobaczył nadchodzącego Wielkiego Brata i nazwał go. Zidentyfikował mechanizm dwójmyślenia, zanim ludzie, którzy się nim posługiwali, mieli słowo na to, co robią. W tej opowieści jest zawsze słuszny, zawsze przydatny, czystą bronią, którą można podnieść i wycelować w każdego, kto robi coś, czemu się najbardziej sprzeciwiamy.

Problem z tą historią nie polega na tym, że jest nieprawdziwa. Polega na tym, że jest zbyt użyteczna. Każdy autorytarny rząd na świecie został przez swoich przeciwników nazwany orwellowskim. Każdą korporację inwigilacyjną oskarżono o prowadzenie prawdziwego Pokoju 101. Każdy ruch polityczny, który rewiduje własne kroniki, przywołuje dziurę pamięci, by opisać, co robi druga strona. Tego, czego nikt nie wspomina – albo co ludzie dostrzegają, ale wolą przemilczeć – jest fakt, że cele tych oskarżeń odpowiadają tym samym. Używają tego samego słownictwa, by opisać, co im się robi. Język Orwella, oderwany od argumentu, który nadawał mu znaczenie, stał się uniwersalnym rozpuszczalnikiem politycznych oskarżeń: dającym się zastosować do wszystkiego, a przez to nieopisującym niczego precyzyjnie.

To właśnie ostrzegał Orwell, że język się stanie. Że jego własne słowa spotkał ten sam los – to albo najokrutniejsza ironia w literaturze XX wieku, albo najpełniejsze potwierdzenie, że miał rację w sprawie czegoś bardziej fundamentalnego, niż zamierzał.

Urodził się jako Eric Arthur Blair w Motihari, w ówczesnej Prezydencji Bengalskiej Indii Brytyjskich, syn drobnego urzędnika w Wydziale Opium Indyjskiej Służby Cywilnej. Rodzina wróciła do Anglii, gdy miał rok, osiedlając się ostatecznie w Oxfordshire, a resztę dzieciństwa Blair spędził na odgrywaniu – za znaczną osobistą cenę – społecznych oczekiwań związanych z pozycją klasową, którą dochody jego rodziny ledwo mogły utrzymać. Opisał to położenie społeczne w eseju „Takie, takie były radości” z precyzją graniczącą z samorozbiorem: „niższa wyższa-średnia klasa” – ludzie, którzy mieli gusta bogatych i budżety biednych, którzy utrzymywali swoją pozycję kapitałem społecznym pożyczonym z konta, które nigdy nie będzie wystarczająco duże, by spłacić dług.

Zdobył stypendium do Eton, co było zarówno osiągnięciem, jak i pułapką. Eton dało mu kody społeczne angielskiej klasy rządzącej – słownictwo, maniery, sieć kontaktów – a także trwały dyskomfort kogoś, kto został przyjęty na nietypowych warunkach. Był jednym z najzdolniejszych chłopców w szkole i jednym z najmniej zamożnych. Eton wykształciło w Blairze nie szacunek dla establishmentu, ale szczegółową, bliską znajomość tego, jak on działa i czego wymaga od ludzi, by wierzyli w siebie i w innych. Wyszedł z niego z wszechstronnym zrozumieniem klasowych pozorów: jak funkcjonują, co kosztują i jak skutecznie zamykają możliwość uczciwego postrzegania u ludzi, którzy od nich zależą.

Nie poszedł do Oksfordu ani Cambridge – to była decyzja. Zamiast tego wstąpił do Cesarskiej Policji Indyjskiej i został skierowany do Birmy w 1922 roku, gdzie spędził pięć lat. Praca była tym, czym była: utrzymywanie siłą systemu kolonialnego, który już podejrzewał, że jest zły. W eseju „Zastrzelić słonia”, który napisał o tym okresie ponad dekadę później, samo zdarzenie – zbłąkany słoń, tłum gapiów, decyzja podjęta pod presją społeczną – stało się najdokładniejszym opisem psychologii władzy, jaki kiedykolwiek napisał: jak system zmusza swoich agentów do okrucieństwa, które wiedzą, że jest niepotrzebne, jak zrozumienie tego nie daje ci siły, by odmówić, i jak odgrywanie autorytetu opróżnia człowieka, który go odgrywa. Wrócił do Anglii w 1927 roku na urlopie zdrowotnym i już nie wrócił. Decyzja kosztowała go karierę. Była też decyzją, która go ukształtowała.

Nastąpiła najcelniejsza faza jego formacji: dobrowolne ubóstwo. Blair nie stoczył się w nędzę – wybrał ją, celowo zanurzając się w warunkach, które go szkolono, by uważał za społecznie gorsze. Spędził okresy, pracując w kuchniach restauracji w Paryżu, śpiąc w najtańszym możliwym zakwaterowaniu, ucząc się, jak to jest liczyć monety przed jedzeniem. W Anglii wędrował z sezonowymi robotnikami rolnymi, sypiał w hostelach i izbach dla włóczęgów w domach pracy, zwanych „spikes”, zbierał chmiel w hrabstwie Kent z robotnikami, dla których nie był to tymczasowy eksperyment, ale stały stan. Nic z tego nie było reportażem w konwencjonalnym sensie. To była próba zrozumienia, od wewnątrz, czegoś, co podejrzewał, że nie da się zrozumieć z zewnątrz: jak bieda naprawdę odczuwana jest jako przeżywany stan, a nie jako statystyczny opis narzucony z dystansu.

Książka, która z tego wynikła, „Goły i głodny w Paryżu i Londynie”, opublikowana w 1933 roku, była pierwszym pojawieniem się pseudonimu George Orwell – wybranego częściowo ze względu na brzmienie, częściowo po to, by stworzyć dystans od tożsamości klasowej, którą niósł „Eric Blair”. Książka była bezpośrednia, często po cichu zabawna i osobliwie uczciwa wobec pozycji autora jako tymczasowego gościa w warunkach, które dla wszystkich wokół niego były stałe. Ustanowiła go pisarzem wartym czytania, choć jeszcze nie pisarzem, który znalazł swój pełny argument. Pseudonim przylgnął, bo argument miał nadejść.

Powieści z lat 30. – „Dni Birmy”, oparte na latach spędzonych w Cesarskiej Policji; „Córka proboszcza”; „Niech kwitnie aspidistra” – były dziełem pisarza zmierzającego ku czemuś, czego jeszcze w pełni nie wyartykułował. Łączy je obsesja na punkcie związku między pieniędzmi a poczuciem własnej wartości: jak bieda degraduje nie tylko materialny komfort, ale i zdolność do uczciwego życia, jak angielski system klasowy wykorzystuje zarówno presję finansową, jak i odgrywanie bezpieczeństwa finansowego jako narzędzia kontroli. „Niech kwitnie aspidistra” jest najostrzejsza z nich – powieść o poecie, który nie może pisać, bo trawi go uraza z powodu braku pieniędzy, i który ostatecznie uznaje, że ta uraza sama w sobie jest formą burżuazyjnej pobłażliwości, którą przekształcił w ideologię. Orwell był surowy dla swoich bohaterów, ale zwykle najsurowszy dla wersji siebie, które umieszczał na stronie.

„Na drodze do Wigan Pier”, zlecona przez Left Book Club i opublikowana w 1937 roku, to książka, w której jego polityczny argument skrystalizował się w coś niepodważalnego. Pierwsza połowa to dokument: zimny, konkretny opis warunków klasy robotniczej na przemysłowej północy Anglii w czasie Wielkiego Kryzysu, opowieść o tym, co znaczyło być górnikiem lub robotnikiem fabrycznym w kategoriach mieszkania, diety, dochodu i szczególnej arytmetyki ubóstwa, które nie pozostawiało marginesu na błąd ani nieprzewidziane wydatki. Druga połowa nie była tym, co Left Book Club zamówił. Zamiast konwencjonalnego nawoływania do socjalistycznej solidarności, Orwell przekształcił drugą część książki w systematyczne przesłuchanie angielskiej lewicy – jej snobizmów, teoretycznych abstrakcji, skłonności do kochania klasy robotniczej w ogóle, przy jednoczesnym prywatnym odrzuceniu poszczególnych ludzi z tej klasy. Książka ukazała się z przedmową Victora Gollancza, w zasadzie dystansującą wydawcę od bardziej niewygodnych argumentów autora. To nie był ostatni raz, gdy poglądy Orwella okazały się kłopotliwe dla ludzi, którzy w zasadzie się z nim zgadzali.

Wyjechał do Hiszpanii w grudniu 1936 roku, gdy wojna domowa twardniała w formę, która miała ją zdefiniować na arenie międzynarodowej. Wstąpił do milicji POUM – niezależnej partii marksistowskiej, która w wewnętrznej polityce międzynarodowej lewicy zajmowała dokładnie niewłaściwą pozycję ideologiczną względem wpływów sowieckich. To, co znalazł w rewolucyjnej Barcelonie, było czymś, czego się nie spodziewał: funkcjonującym przybliżeniem równości, jakkolwiek tymczasowym i niepełnym. Ludzie zwracali się do siebie inaczej. Przepaść między oficjalnym słownictwem rewolucji a przeżywanym doświadczeniem – na krótko się zawęziła. Potem komuniści wspierani przez Związek Radziecki rozpoczęli proces tłumienia nie-stalinowskiej lewicy, ogłaszając POUM organizacją faszystowską i inicjując aresztowania, zabójstwa i rewizje historyczne, które nastąpiły.

Orwell został postrzelony w gardło przez faszystowskiego snajpera w maju 1937 roku – rana, która trwale uszkodziła jego już i tak słabe płuca i zmieniła mu głos. On i jego żona Eileen, która przez cały ten okres pracowała w Barcelonie i już zaczęła niszczyć kompromitujące dokumenty, gdy tajna policja rozpoczęła działania przeciwko członkom POUM, uciekli do Francji w czerwcu. To, co widział na własne oczy – wydarzenia opisywane w prasie komunistycznej jako dokładne przeciwieństwo tego, czym były, źródła, którym ufał, potwierdzające kłamstwo, bo prawda szkodziła sprawie, wszechstronna retrospektywna rewizja tego, co się faktycznie wydarzyło – dało mu nie nowe przekonanie polityczne, ale trzewne, bezpośrednie zrozumienie precyzyjnego mechanizmu, za pomocą którego ruchy polityczne konsumują prawdę. Czytał o tym. Teraz wiedział, jak to jest od środka.

„Hołd Katalonii”, opublikowany w 1938 roku, jest relacją z tego, czego był świadkiem w Hiszpanii. Sprzedał się w około dziewięciuset egzemplarzach za życia Orwella. Brytyjska lewica nie chciała słyszeć, że Związek Radziecki zdradził rewolucję w Hiszpanii; krytycy i wydawcy mający sympatie sowieckie uznali książkę za politycznie niewygodną i zareagowali odpowiednio. Recepcja książki – a raczej jej staranne pomijanie przez establishment kulturalny, który krytykowała – stała się z perspektywy czasu jednym z bardziej eleganckich dowodów jej głównego argumentu. Doświadczenie próby opublikowania dokładnej relacji z wydarzeń, które ludzie u władzy potrzebowali, by pozostały niedokładne, przygotowało go – w sposób, w jaki żadna teoretyczna lektura by nie zdołała – do książek, które nastąpiły.

„Folwark zwierzęcy” został napisany w 1943 roku, w czasie gdy Związek Radziecki był brytyjskim sojusznikiem w wojnie, którą wszyscy wciąż starali się wygrać, a presja kulturowa, by traktować go jako takiego, była ogromna. Alegoria – zwierzęta, które obalają farmera i ustanawiają utopię, którą świnie stopniowo wypaczają, aż „wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze” – była czytelna jako bajka dla dzieci, satyra na stalinowską zdradę i analiza strukturalna tego, jak rewolucje zdradzają własne zasady, niezależnie od tego, kto je prowadzi. Została odrzucona przez niemal wszystkich wydawców w Wielkiej Brytanii. Victor Gollancz odmówił. Jonathan Cape początkowo zaakceptował, po czym wycofał się po tym, jak Ministerstwo Informacji zasugerowało, że może to zaszkodzić stosunkom z wojennym sojusznikiem. T. S. Eliot z Faber odrzucił ją na tej podstawie, że sytuacja wymaga „bardziej obywatelskich świń”. Secker & Warburg opublikował ją w sierpniu 1945 roku, trzy miesiące po zakończeniu wojny w Europie, i od razu stała się trwale sławna.

Mniej często mówi się o tym, co czyni „Folwark zwierzęcy” bardziej niepokojącym niż prosta alegoria antyradziecka. Koń Boks, który pracuje na śmierć, szczerze wierząc, że „Napoleon ma zawsze rację”, nie jest złoczyńcą, ale ofiarą własnej dobrej wiary. Owce, które powtarzają hasła, nie są cynikami, ale przekonanymi wyznawcami. Świnie odnoszą sukces nie tylko przez kłamstwo, ale przez uzbrojenie pragnienia innych zwierząt, by wierzyć w rewolucję, przeciwko nim. Najgłębszym argumentem powieści jest podatność idealizmu na wykorzystanie przez władzę – podatność, która, przez domniemanie, dotyczy każdego czytelnika, który kiedykolwiek znalazł polityczną sprawę zbyt pocieszającą, by badać ją z rygorem, jaki stosowałby do spraw, którym się sprzeciwia. To jest ta część „Folwarku zwierzęcego”, która została najbardziej systematycznie zignorowana przez ludzi, którzy uważają książkę za najbardziej użyteczną jako broń polityczną.

Krytyczna dyskusja wokół Orwella od jego śmierci zmaga się z jego oporem wobec zawłaszczania. Został anektowany przez neokonserwatywną prawicę za antyradzieckość, przez libertarian za krytykę inwigilacji, przez demokratyczną lewicę za socjalizm i obronę życia klasy robotniczej, oraz przez niezliczone ruchy polityczne, które znalazły w jego słownictwie użyteczny zestaw terminów do opisywania swoich przeciwników. Każda z tych lektur wyciąga jeden wątek jego argumentu i odrzuca resztę. To, co czyni Orwella naprawdę trudnym – w przeciwieństwie do naprawdę wygodnego – to fakt, że te wątki nie są w jego twórczości rozdzielne. Jego nienawiść do totalitaryzmu wynikała właśnie z jego socjalizmu, a nie pomimo niego: rozumiał sowiecką tyranię jako zdradę wartości lewicowych, a nie jako dowód, że wartości lewicowe są błędne. Jego nacisk na faktyczną dokładność był etycznym zobowiązaniem zakorzenionym w przeżytym doświadczeniu, a nie polityczną taktyką. Jego podejrzliwość wobec języka politycznego opierała się na jego rozumieniu klasy i władzy, a nie na ogólnym epistemologicznym pesymizmie co do prawdy. Lektura Orwella, która prowadzi do prostego politycznego wniosku, jest prawie na pewno błędna. Najbardziej uczciwą odpowiedzią na niego jest dyskomfort – poczucie, że wskazuje na coś w twoim własnym myśleniu, co wolałbyś nie badać.

Przeniosł się na szkocką wyspę Jura w 1946 roku, już poważnie chory na gruźlicę, która od czasu do czasu go unieruchamiała od dwudziestego roku życia. Dom na farmie, Barnhill, był odległy – trudno dostępny drogą, wystawiony na atlantycką pogodę, celowo surowy. Jego adoptowany syn Richard był z nim. Latem 1947 roku on i Richard omal nie zginęli, gdy ich łódź wpadła w wir Corryvreckan u północnych wybrzeży wyspy. Jego zdrowie pogarszało się przez ten rok i w 1948. Pisał mimo to: w łóżku, gdy nie mógł siedzieć prosto, poprawiając i korygując, z czasem i energią, które mu pozostały, odmawiając zaprzestania, nawet gdy lekarze mu to odradzali. Książka, która się wyłoniła, została napisana na maszynie przez człowieka, który wiedział, że umiera, i uważał to zadanie za warte ukończenia w tych warunkach.

„Rok 1984”, opublikowany w czerwcu 1949 roku, to książka, którą często opisuje się jako ponurą – ale to, czym jest naprawdę, czytana z uwagą na argument, a nie na atmosferę, jest bezlitośnie precyzyjna co do mechanizmu, za pomocą którego prawda podlega rewizji. Winston Smith nie ponosi klęski, ponieważ jest słaby, ani dlatego, że Wielki Brat jest wszechmocny. Ponosi klęskę, ponieważ system jest zaprojektowany tak, by uczynić opór nie do pomyślenia na poziomie języka: by uniemożliwić sformułowanie myśli, że rzeczy mogłyby być inaczej, ponieważ słownictwo potrzebne do tej myśli zostało systematycznie usunięte. Nowomowa, wymyślony język opisany w aneksie do powieści, nie jest satyrycznym chwytem. To opis czegoś, co Orwell widział na własne oczy w czasie rzeczywistym, w Barcelonie w 1937 roku, w angielskiej prasie lewicowej przez całe lata 40., w każdym politycznym środowisku, w którym presja na utrzymanie użytecznej narracji pozwoliła na przekroczenie obowiązku dokładnego opisywania rzeczy. Powieść kończy się klęską, ponieważ Orwell nie pisał propagandy. Pisał analizę.

Jego życie prywatne zawierało własne komplikacje, z których większości wolał nie omawiać publicznie. Jego pierwsze małżeństwo z Eileen O’Shaughnessy – która była bystrzejsza, zabawniejsza i bardziej politycznie przenikliwa, niż przyznaje większość biografów – trwało do jej śmierci w marcu 1945 roku, z powodu komplikacji podczas rutynowego zabiegu chirurgicznego, gdy Orwell relacjonował z frontu europejskiego. Adoptował ich syna Richarda na krótko przed jej śmiercią. Według wielu relacji żyło mu się trudno: intensywnie skupiony na pracy, z natury lepiej wyrażający uwagę przez prozę niż przez obecność, fizycznie często chory. Ożenił się z Sonią Brownell w szpitalnej ceremonii we wrześniu 1949 roku, świadomy, że umiera, będąc w niej zakochanym od kilku lat. Zmarł 21 stycznia 1950 roku na krwotok płucny w University College Hospital w Londynie. Miał czterdzieści sześć lat. „Rok 1984” był w sprzedaży od siedmiu miesięcy.

Do 2026 roku splątanie jego twórczości z teraźniejszością nie uległo uproszczeniu. Animowana adaptacja „Folwarku zwierzęcego” w reżyserii Andy’ego Serkisa – z Sethem Rogenem jako Napoleonem, Woodym Harrelsonem jako Bokiem, Stevem Buscemim jako panem Whymperem i Laverne Cox jako Snowball – otworzyła się w amerykańskich kinach 1 maja, przyciągając widzów, którzy przyszli do Orwella przez konkretne polityczne niepokoje chwili, która nie przestawała znajdować nowych powodów, by jego bajka pozostawała aktualna. Robert Icke, który wcześniej wystawił inscenizację „Roku 1984”, która stała się hitem na West Endzie i Broadwayu, prowadził w trasie po brytyjskich teatrach nową sceniczną adaptację „Folwarku zwierzęcego”, z projektem lalek Toby’ego Olié, którego wcześniejsze prace obejmowały „War Horse”, i scenografią Bunny Christie. Produkcja Audible z 2024 roku „Roku 1984” – z Andrew Garfieldem jako Winstonem Smithem, Cynthią Erivo jako Julią i Andrew Scottem jako O’Brienem – otrzymała w 2025 roku Nagrodę Audie za słuchowisko. Nowa kategoria w ramach Nagrody Orwella, ustanowiona w 2023 roku, by uhonorować dziennikarstwo dotyczące bezdomności, przywróciła jego nazwisko warunkom, które po raz pierwszy zrodziły „Gołego i głodnego w Paryżu i Londynie” prawie wiek wcześniej.

Eseje pozostają najmocniejszą częścią argumentu za jego trwałym znaczeniem. „Polityka a język angielski” – napisany w 1946 roku i wciąż zadawany na uniwersytetach w całym anglojęzycznym świecie – przedstawia tezę o związku między złą prozą a złym myśleniem, której nie przebiło nic napisanego później. „Zastrzelić słonia” pozostaje jednym z najprecyzyjniej skonstruowanych argumentów na temat instytucjonalnego współudziału w przemocy, jakie kiedykolwiek napisano po angielsku. To, co łączy te teksty z powieściami, to nie proroctwo, ale dokładność: jakość opisania czegoś tak precyzyjnie, że przyszli czytelnicy nie przestają tego rozpoznawać, nie dlatego, że to przewidział, ale dlatego, że obserwował to wyraźnie, gdy miał to przed sobą.

To, co Orwell pomyślałby o swoim zawłaszczeniu przez każdy polityczny nurt, przeciw któremu pisał, nie jest całkowicie domysłem. Spędził karierę, argumentując, że zepsucie języka jest pierwszym krokiem w zepsuciu myśli, a obowiązkiem pisarza jest opierać się mu niezależnie od tego, która strona sporu dokonuje zepsucia. Człowiek, który wymyślił „dwójmyślenie”, „nowomowę” i „dziurę pamięci” jako opisy tego, co władza robi z prawdą, opisywał coś, co widział, jak dzieje się z jego własnymi próbami mówienia prawdy o Hiszpanii. Nie przewidywał przyszłości. Opisywał teraźniejszość z wystarczającą precyzją, by przyszli czytelnicy nie przestawali rozpoznawać w niej siebie. To, że jego słownictwo jest teraz używane przez ludzi robiących dokładnie to, co opisał, jest dowodem na ten sam mechanizm, o którym pisał – i na szczególną trudność pisania wyraźnie przeciw czemuś, co zawsze może obrócić twoje własne słowa przeciwko tobie.

Tagi: , , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.