Nauka

Nie żyje Bill Oddie. Miał 85 lat — komik z The Goodies, który wprowadził obserwację ptaków do najlepszego czasu antenowego

Peter Finch

Prawdziwą miarą Billa Oddiego nigdy nie był śmiech. To było patrzenie. Dla całego pokolenia Brytyjczyków to on sprawił, że sikorka na karmniku albo czapla na kanale przestały być tylko elementem krajobrazu, a stały się wydarzeniem – małym dramatem wartym obejrzenia, nazwania i troski o to, czy przetrwa zimę. Komik rozśmieszał naród. Przyrodnik uczył go zwracać uwagę. Tylko jedna z tych dwóch rzeczy zmienia sposób, w jaki patrzysz na świat w zwykły poranek.

Oddie, który zmarł w wieku osiemdziesięciu pięciu lat, do większości domów trafił najpierw jako komik – jedna trzecia tria The Goodies, anarchicznej grupy, której slapstick i nowatorskie hity przyniosły ogromną popularność, zwłaszcza w Australii i Nowej Zelandii. Ta sława była platformą. To, co na niej zbudował, było dziwniejsze i ostatecznie o wiele trwalsze: kariera polegająca na kierowaniu kamery na dziką przyrodę i rzucaniu widzom wyzwania, by byli nią tak samo zachwyceni jak on.

Nie był prezenterem, który akurat lubił ptaki. Był ptasiarzem, który akurat świetnie sprawdzał się w telewizji. Zasiadał w radach RSPB, Wildfowl and Wetlands Trust i WWF, był prezesem jednego z funduszy ochrony przyrody, a swoje nazwisko i swój temperament oddawał kampaniom przeciwko okrucieństwu wobec zwierząt. Ogłaszając jego śmierć, agent nazwał go po prostu „najbardziej kochanym ptasiarzem w kraju” – człowiekiem, który „zachęcał nas do szanowania i ochrony środowiska” oraz „wyznaczał drogę”. To nie jest sentymentalny ozdobnik. To uczciwe podsumowanie jego pracy.

Jego prawdziwym pomnikiem jest format. Dzięki programom takim jak „Birding With Bill Oddie” i „Bill Oddie Goes Wild”, a potem „Springwatch” i „Autumnwatch”, pomógł stworzyć coś, czego brytyjska telewizja nigdy wcześniej nie miała: na żywo, nieskryptowaną, ogrodową skalę przyrody jako obowiązkowy seans – kamery w gniazdach, lisy i wyczekiwanie na żywopłot, aż coś się poruszy. „Springwatch” stał się narodową instytucją. Gdy stacja odsunęła go na bok, a na jego miejsce wszedł Chris Packham, program po prostu działał dalej bez niego – najpewniejszy dowód na to, że stworzył coś większego od siebie.

To przekazanie pałeczki nie było łagodne. Oddiego usunięto z programów, które pomógł zdefiniować, a ta strata mocno uderzyła w człowieka, który żył z chorobą afektywną dwubiegunową i u którego zdiagnozowano depresję kliniczną. Mówił później otwarcie o tym, jak głęboko upadł – o próbach samobójczych i o epizodzie zatrucia litem, który opisał jako niemal śmiertelny. To ta część nekrologu, która zwykle dostaje jedno zdanie na marginesie. Zasługuje na więcej, bo to cena życia spędzonego na byciu pogodnym człowiekiem z programu przyrodniczego i dlatego, że nie chciał tego ukrywać.

Jego rówieśnicy doskonale rozumieli, kim był. Chris Packham, który przejął po nim rolę, wspominał „zbuntowanego polimata z lornetką i brodą”, kogoś, kto „kochał ptaki i nienawidził tych, którzy im szkodzą” i był „cudownie nieprzewidywalny, iskrzący, bystry i momentami nieco kłujący”. RSPCA nazwała go „wyjątkowym i niezłomnym orędownikiem”, którego „pasja do ptaków i dzikiej przyrody była prawdziwie zaraźliwa”. Eric Idle, sięgając pamięcią do przesłuchań w Cambridge i wspólnego popołudnia na Wembley w 1966 roku, wspominał autora piosenek. Niczyje wspomnienie o nim nie kończyło się na żartach.

Jest pewien szczególny rodzaj nauczyciela, który działa przez czystą, widoczną radość – który jest tak wyraźnie poruszony widokiem dzięcioła w holenderskim lesie, że pochylasz się, by zobaczyć to, co on widzi. Oddie był tym nauczycielem. Zostawia żonę Laurę i trzy córki oraz kraj odrobinę lepszy w dostrzeganiu tego, co dzieli z nim ogrody.

Ptaki nie wiedzą, że odszedł. Uznałby to za zabawne i całkiem słuszne.

Tagi: , , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.