Sport

Montgomery i Irving sami wzięli piłkę w niedzielę — żadna rotacja im jej nie dała

Jack T. Taylor

Komitet biegaczy to najuczciwsze kłamstwo współczesnej ligi. Mówi, że nośniki będą rozdzielane, dotknięcia piłki dystrybuowane, obciążenie zarządzane – a pod spodem kryje się coś chłodniejszego: nikt tu niczego nie posiada. W niedzielę dwóch biegaczy, którym to powiedziano, uznało, że ten układ ich nie dotyczy.

David Montgomery i Bucky Irving doszli do tej samej odpowiedzi z przeciwnych stron. Jeden został wyekspediowany z backfieldu, który pomógł zbudować. Drugiego po cichu zabezpieczono, ubezpieczono, potraktowano jako ryzyko do pokrycia. Obaj spędzili popołudnie, udowadniając, że piłka nie jest przydzielana w sali narad. Jest brana – i bierze ją ten, kto jest gotów zapracować na te elementy gry, które nigdy nie trafiają do skrótów.

Zacznijmy od Montgomery’ego, bo jego przypadek jest trudniejszy do dostrzeżenia. Detroit uznało, że jest wart wyboru w czwartej i siódmej rundzie, i wysłało go do Houston, by był czyimś problemem. W debiucie w barwach Texans nie płynął – on się szarpał. Dwadzieścia nośników na sześćdziesiąt jardów to linijka wyglądająca jak zły dzień, dopóki nie dowiesz się, że trzydzieści dziewięć z tych jardów padło po kontakcie – po pierwszym obrońcy, po tym, gdy akcja miała być już martwa. Między linią ataku nie znajdował prawie nic, a mimo to brał to, co było, jedno zderzenie na raz, a gdy pole gry zwęziło się do linii bramkowej, to jemu Houston zaufało, by dobijać. Trzy przyłożenia – dwa wbite siłą, jedno złapane na mylącej zagrywce, która zostawiła go samego w strefie końcowej.

Oto szczegół, który przeszedł obok felietonów fantasy: Montgomery’ego właściwie przebił pod względem liczby zagrywek Woody Marks. Na liście głębokości komitet trwał. Na taśmie – nie. Marks brał szybkie zagrywki, gdy mecz się wymykał; Montgomery brał wczesne downy, strefę czerwoną, pracę, która decyduje o tym, w kogo wierzy drużyna. Liczba snapów wskazywała na podział. Rola mówiła: właściciel.

Zniewaga Irvinga była cichsza, a dla rywala – ostrzejsza. Tampa Bay wyszła i podpisała Kennetha Gainwella, weterana, jakiego drużyna sprowadza, gdy nie jest pewna, czy młody człowiek udźwignie to sam. Irving odpowiedział, niosąc to sam. Przebił Gainwella w liczbie snapów, przebył go w nośnikach i praktycznie wymazał z gry podaniowej – podział celnych podań nie był nawet bliski. Osiem nośników przy prawie sześciu jardach na próbę, siedem recepcji, przyłożenie – najgroźniejszy zawodnik, jakiego jego atak wypuścił na murawę.

A potem sfaulował. Pierwsza kwarta, luźna piłka, którą Cincinnati zamieniło na punkty – dokładnie taki błąd, jaki sztab szkoleniowy wykorzystuje jako pretekst, by chronić młodego biegacza przed nim samym. Tampa Bay zostawiła go na boisku. To cała historia wiodącego biegacza w jednej decyzji: praca to nie dotknięcia piłki, które dostajesz, gdy wszystko idzie dobrze – to dotknięcia, które zachowujesz, gdy coś idzie źle. Irving zachował swoje.

Żaden z nich nie doczekał się happy endu. Houston przegrało z Buffalo; Tampa Bay pogrzebała się pod stertą strat i poległa w Cincinnati. To też swego rodzaju dowód. Łatwo wyglądać na właściciela backfieldu w miażdżącym zwycięstwie, gdy nośniki piętrzą się, a wynik za ciebie argumentuje. Trudniej robić to w porażce, gdy plan gry legł w gruzach, a zegar pracuje przeciwko tobie – i wciąż być tym jednym, którego rywal nie potrafił rozgryźć.

Komitet wróci za tydzień – na obu listach głębokości, w każdej zapowiedzi. Zawsze wraca. Ale komitet to tylko opis tego, kto jeszcze nie przejął roboty. W niedzielę dwóch biegaczy sięgnęło i wzięło ją – nie liczbami, które wszyscy liczą, ale tymi, których nikt nie liczy.

Tagi: , , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.