Biznes i finanse

Departament Sprawiedliwości Trumpa wycofuje żądanie billingów dziennikarzy New York Timesa, ale zachowuje władzę, by wrócić z nim jutro

Victor Maslow

Rząd poprosił o rejestry telefoniczne dziennikarza, potem jego matki, potem małżonka, a gdy federalny sędzia na Manhattanie dał jasno do zrozumienia, że na to nie pozwoli, Departament Sprawiedliwości się wycofał. Ten odwrót odczytywany jest jako zwycięstwo prasy. Lepiej jednak rozumieć go jako demonstrację tego, jak łatwo porusza się teraz ta machina – i jak niewiele ostatecznie zostało cofnięte.

Ponieważ historia, która się tu liczy, to nie wycofanie. To zmiana zasad, która w ogóle umożliwiła takie żądanie. Przez lata departament był związany własną obietnicą, że nie będzie polować na źródła dziennikarzy za pomocą wezwań sądowych; prokurator generalny tej administracji obietnicę tę skasował i ponownie dał prokuratorom to narzędzie. To, co rozegrało się w sali sądowej, było pierwszym prawdziwym testem tego, jak go użyją. Odpowiedź: sięgać szybko, sięgać szeroko, przepraszać tylko wtedy, gdy ktoś zatrzyma.

Badane doniesienia dotyczyły nowego samolotu prezydenta – Boeinga 747-8 podarowanego przez królewską rodzinę Kataru – oraz prywatnego ostrzeżenia Secret Service, że starszy Air Force One był bezpieczniejszą maszyną, ponieważ nowszy odrzutowiec pozbawiony był niektórych zabezpieczeń poprzednika, w tym systemów przeciwrakietowych. Aby dowiedzieć się, kto powiedział o tym „Timesowi”, departament przeszukał rejestry połączeń dziennikarzy, którzy to napisali.

Nie poprzestali na dziennikarzach. Jedno wezwanie dotyczyło rejestrów matki dziennikarza, specjalistki zdrowia psychicznego, której praca opiera się na poufnych relacjach. Inne sięgały małżonków reporterów, w tym jednego, który jest radcą prawnym w kancelarii. Dwa z żądań obejmowały rejestry od pierwszego stycznia – na długo przed powstaniem artykułów, na długo przed tym, jak było cokolwiek do zbadania. To nie jest profil wąskiego dochodzenia w sprawie przecieku. To profil wyprawy na ryby, a „Times” powiedział to wprost, nazywając wezwania działaniem w złej wierze mającym na celu nękanie.

Sędzia Arun Subramanian nie potrzebował wielu słów. Wezwania sądowe, zauważył, powinny być ostatnim krokiem w śledztwie, a nie pierwszym; departament postawił prawo na głowie. W obliczu sądu gotowego całkowicie uchylić żądania, prawnik rządu zaproponował jednostronne ich wycofanie i przyznał, że sięgnięcie po członków rodziny było „błędem, sędzio, który przyjmujemy na siebie”. Było to, jak wyjaśnił, „konsekwencją próby działania szybkiego”.

To zdanie zasługuje na przyjrzenie mu się pod światło. Błąd przyjęty na siebie to sprawa biurokratyczna – złe pole, dwukrotnie wpisana data. Wezwanie terapeutki i prawnika, by dotrzeć do źródeł dziennikarza, to nie literówka; to wybór dotyczący tego, jak duża ingerencja uboczna jest akceptowalna w pogoni za przeciekiem. Szybkość była celem. Przeprosiny nic nie kosztują, bo ze strony rządu nic nie zostało utracone.

I nic też nie zostało rozstrzygnięte. Sędzia nie orzekł, że wezwania są niekonstytucyjne. Nie powstał żaden precedens, który powstrzymałby następne. Departament wolał wycofać się przed nieprzychylnym sądem, niż przegrać w sposób, który związałby go w przyszłości. Władza, którą sam sobie przyznał, pozostała dokładnie tam, gdzie była. „Times”, ze swoimi prawnikami i siłą przebicia, mógł wymusić odwrót; mniejsza redakcja lub freelancer, którym postawiono by to samo żądanie z tą samą datą początkową 1 stycznia, mogliby nigdy nie być w stanie tego zrobić.

Zabezpieczenie, które kiedyś mieszkało w Departamencie Sprawiedliwości – założenie, że nie wzywa się dziennikarza, dopóki nie wyczerpie się wszystkiego innego – już tam nie mieszka. Mieszka teraz tylko w sali sądowej, i to tylko dla tych, których stać, by do niej dotrzeć. Rząd nie przegrał tej walki. Nauczył się, gdzie jest linia, i jak stać tuż za nią.

Tagi: , , , ,

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.