Filmy

Życie Pi to rzadki przypadek, gdy efekty specjalne naprawdę służą opowieści o wierze

Ang Lee w 2012 roku przenosi na ekran powieść Yanna Martela.
Martha O'Hara
Dodaj nas w Google

Zoo skąpane w słońcu, zwierzęta i ptaki, które paradują i czyszczą pióra w świetle: tak zaczyna się „Życie Pi” (2012). Film Comment porównuje ten początek do rozkładanej książeczki pop-up pełnej zoologicznych atrakcji, w której żyrafy, małpy, różowe flamingi i rozkoszny leniwiec zwisający z drzewa wypełniają ekran. Wygląda to jak baśń. Potem przychodzi katastrofa morska. Ang Lee, adaptujący powieść Yanna Martela, prowadzi nas za Piscine’em Molitorem „Pi” Patelem (Suraj Sharma), synem zarządcy zoo w Pondicherry, który zostaje na łodzi ratunkowej na Pacyfiku razem z bengalskim tygrysem o imieniu Richard Parker. Na początku płyną z nimi także hiena, zebra i orangutan.

Opowieści są tu trzy, ułożone jedna w drugiej. Bezimienny kanadyjski pisarz, w którym domyślamy się samego Martela (Rafe Spall), słyszy od pewnego Hindusa, że w Montrealu mieszka człowiek z historią, która sprawi, że uwierzysz w Boga. Tym człowiekiem jest dorosły Pi (Irrfan Khan), nauczyciel filozofii, a jego opowieść zaczyna się w Pondicherry, francuskiej enklawie w Indiach, przekazanej dopiero w 1954 roku. Małego Pi gra w wieku pięciu lat Gautam Belur, w wieku dwunastu Ayush Tandon, w wieku szesnastu Suraj Sharma. Imię bohatera to przypadkowy żart: Piscine Molitor, od paryskiego basenu, który uwielbiał jego wuj, dopóki koledzy ze szkoły nie zaczęli się z niego wyśmiewać, kojarząc je z angielskim „pissing”. Poważny chłopiec zamienił je na grecką literę i liczbę bez końca. The Guardian zauważa, że obaj główni bohaterowie zawdzięczają imiona komicznemu przypadkowi.

YouTube video

Najmocniejszą stroną filmu jest obraz. The Guardian pisze o „poczuciu tajemnicy i magii”, wzmocnionym przez halucynacyjne 3D, i dodaje, że ton filmu przywodzi na myśl „Robinsona Crusoe” przepisanego przez Laurence’a Sterne’a. Film Comment, w reszcie niechętny, przyznaje, że dzięki bogatemu, pomysłowemu 3D jest to najpiękniejszy wizualnie film w karierze Lee i jego najlepsza rozrywka od ponad dziesięciu lat. The Movie Elite uważa, że zatonięcie statku jest niesamowite, a sceny Pi z Richardem Parkerem na pustym Pacyfiku wybitne; recenzent dodaje, że nie odróżnił tego tygrysa od prawdziwego, choć szukał w nim każdej fałszywej nuty. Roger Ebert nazwał film „cudownym osiągnięciem opowiadania historii i kamieniem milowym wizualnego mistrzostwa”. Gdy trzech krytyków o tak różnych gustach zgadza się w jednej sprawie, nie jest to już kwestia upodobań.

Jest też słabsza część i The Movie Elite wskazuje ją wprost: pierwsze czterdzieści minut, zanim Pi zostanie sam z tygrysem, ciągnie się powoli. Bohater jest znakomity, pisze recenzent, ale nie potrzebował aż tyle czasu na przedstawienie, a wydarzenia następują po sobie bez wyraźnego połączenia. Podzielam te zastrzeżenia. Prolog w zoo i dzieciństwo Pi są pięknie sfilmowane, ale rozpadają się na epizody, które czekają na sens, a film go odkłada.

Filozofia to miejsce, w którym „Życie Pi” traci u mnie najwięcej. Film Comment nazywa go tak niewinnym, że trudno wyjaśnić, skąd ten gorzki posmak: nic nie rozczarowuje, ale też nic nie zaskakuje, o ile nie oczekujesz, że Lee porzuci jawną żądzę Oscara i swoją nieustanną taktowność wobec „wartościowego” materiału źródłowego. The Guardian patrzy łagodniej: duchowa podróż Pi jest potraktowana z pełnym szacunku dowcipem. Dwie wersje historii, jedna ze zwierzętami, druga bez nich, są sednem pomysłu, a SimbaSible uznaje zakończenie za głębokie i prowokujące do myślenia, z ogromną emocjonalną nagrodą. Mnie finał wydaje się raczej wytłumaczony niż poczuty: film wypowiada swoją myśl zamiast pozwolić jej zebrać się z tego, co zobaczyliśmy.

Suraj Sharma ma najtrudniejsze zadanie, bo dużą część filmu dźwiga na łodzi, naprzeciw cyfrowego partnera. Gra dobrze, ale według SimbaSible jego rola, choć udana, nie zapiera tchu, a postać nie ma złożoności, jakiej wymagała taka opowieść. Irrfan Khan jako dorosły Pi trzyma ramę montrealską i nadaje historii spokojną powagę, lecz ma niewiele miejsca, by ją rozwinąć. Najciekawsza pozostaje relacja z Richardem Parkerem. SimbaSible uważa ją za fascynującą właśnie dlatego, że zwierzęta pozostają zwierzętami, nigdy zbyt uczłowieczonymi, a tygrys nie dostaje ludzkich uczuć. Dlatego sceny na łodzi wydają się prawdziwe.

Powieść, od której wszystko się zaczyna, ukazała się w 2001 roku i sprzedała się w ponad dziesięciu milionach egzemplarzy. Odrzucona przez co najmniej pięć londyńskich wydawnictw, zanim przyjął ją Knopf Canada, przyniosła Martelowi Nagrodę Bookera rok później. Scenariusz napisał David Magee, którego wcześniejsze filmy, „Marzyciel” i „Miss Pettigrew Lives for a Day”, rozgrywają się w Anglii pierwszej połowy XX wieku, jak zauważa The Guardian, czyli daleko od Indii i oceanu. Lee też nie daje się zamknąć w formule: ta sama gazeta przypomina jego drogę od Anglii Jane Austen („Sense and Sensibility”) do Ameryki Nixona („The Ice Storm”), od filmu wuxia („Przyczajony tygrys, ukryty smok”) do thrillera szpiegowskiego („Lust, Caution”) i westernu „Tajemnica Brokeback Mountain”, bez obsesji autorskich w dawnym sensie, za to z czujnym okiem do obrazu i dbałością o język.

Sukces był adekwatny. Według SimbaSible film zarobił ponad 600 milionów dolarów i dostał jedenaście nominacji do Oscara, a Lee zdobył drugą statuetkę za reżyserię. Ten sam autor stawia go na drugim miejscu w dorobku reżysera, zaraz po „Brokeback Mountain”. Nie idę aż tak daleko, ale rozumiem widza, który zobaczył go w 3D na wielkim ekranie i mówi o jednym z najlepszych kinowych doświadczeń w życiu.

Z filmu zostają mi obrazy: zoo w świetle, puste morze, tygrys wyglądający jak żywy. Brakuje ryzyka. Film Comment ma rację, że nic tu naprawdę nie zaskakuje, a dwa sposoby opowiedzenia tej historii, które mogły zostawić prawdziwe pytanie, kończą jako ładnie opakowana lekcja.

Obsada

Zdjęcia: The Movie Database (TMDB)

Tagi: , , , , ,

Dodaj nas w Google

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.