Ludzie

Lizzie Borden: sprawa, którą Ameryka zamknęła w 1893 roku, ale nigdy nie rozwiązała

Penelope H. Fritz
Lizzie Borden
Lizzie Borden
Photo: AnonymousUnknown author / Public domain, via Wikimedia Commons
Urodzony19 lipca 1860
Fall River, Massachusetts, United States
Zmarł1 czerwca 1927 (66)
ZawódPostać historyczna, główna podejrzana w sprawie podwójnego morderstwa
Znany zBorn in Flames

Pytanie, które nie daje się zamknąć

Jest pytanie, które zadaje się w Fall River w stanie Massachusetts, w salach sądowych, akademikach, teatrach, a teraz na platformach streamingowych, od ponad stu trzydziestu lat. Czy ona to zrobiła? To „ona” to zawsze Lizzie Andrew Borden – nauczycielka w szkółce niedzielnej, dobroczynna parafianka, niezamężna córka jednego z najbogatszych ludzi w mieście – która stanęła w centrum jednej z najbardziej makabrycznie brutalnych zbrodni domowych w historii Ameryki i wyszła z drugiej strony sensacyjnego procesu z błogosławieństwem prawa i wiecznym potępieniem społeczeństwa. Serial Ryana Murphy’ego z franczyzy Monster dociera do jej sprawy wraz z czwartą odsłoną 17 września 2026 roku, z Ellą Beatty w tytułowej roli oraz Charliem Hunnamem i Rebeką Hall jako jej rodzicami. Pytanie wciąż pozostaje otwarte. Nie dlatego, że dowody są niewystarczające, by wyrobić sobie opinię, ale dlatego, że kobieta, która je niesie, jest zbyt interesująca, by sprowadzić ją do wyroku.

Fortuna w oszczędnej klatce: Świat Bordenów

Urodziła się 19 lipca 1860 roku jako druga córka Andrew Jacksona Bordena i Sarah Morse Borden w Fall River w stanie Massachusetts – wówczas zamożnym i szybko rozwarstwiającym się mieście włókienniczym, gdzie stare protestanckie rodziny jankeskie patrzyły, jak nowa klasa robotnicza imigrantów wyrasta wokół nich, i czuły, jak ich społeczny autorytet powoli się wymyka. Gdy Lizzie miała dwa lata, jej matka Sarah zmarła na chorobę macicy, zostawiając ją i starszą siostrę Emmę pod opieką ojca, a od 1865 roku także macochy, Abby Durfee Gray, którą Lizzie przez resztę życia nazywała „panią Borden” i stanowczo poprawiała każdego, kto nazywał ją „mamą”. To rozróżnienie nie było kwestią etykiety. Było odmową.

Andrew Jackson Borden był potężną postacią w krajobrazie handlowym Fall River – prezesem banku, członkiem zarządu wielu instytucji finansowych, człowiekiem, który zgromadził majątek szacowany na od trzystu do pięciuset tysięcy dolarów, co stanowi równowartość dobrze ponad dziesięciu milionów dolarów we współczesnych realiach, dzięki sprytnym inwestycjom w przędzalnie, nieruchomości i bankowość. Jego znaczenie w życiu gospodarczym miasta było niekwestionowane. Jego charakter to już zupełnie inna sprawa. Był legendarnie oszczędny – „skąpy” to słowo, które faworyzują źródła historyczne – i stosował swoją oszczędność w sposób potęgujący codzienne upokorzenia. Dom przy 92 Second Street, który z łatwością mógł zastąpić czymś okazalszym, nie miał bieżącej wody ani elektryczności, czyli udogodnień, które były standardem w rezydencjach elity Fall River w 1890 roku. Sama okolica zmieniła się w ciągu poprzednich dwóch dekad z szacownego jankeskiego terytorium w enklawę coraz bardziej zaludnianą przez katolickich imigrantów z Irlandii i francuskiej Kanady, którzy pracowali w miejskich przędzalniach. Lizzie dorastała, wiedząc, że jej ojciec ma pieniądze, by mieszkać wśród miejskiej wyższej sfery w modnej dzielnicy Hill, i że świadomie tego nie zrobił. Ten wybór, powielany w każdym tygodniu jej dorosłego życia, ukształtował jej postrzeganie samej siebie jako kobiety o sfrustrowanych ambicjach społecznych, żyjącej w domu, który reklamował podporządkowanie rodziny ojcowskiej oszczędności, a nie jej bogactwu.

Napięcia domowe w rodzinie były mniej widoczne niż jej publiczna szacowność. Lizzie, mająca trzydzieści dwa lata, i jej siostra Emma, mająca czterdzieści jeden lat, były niezamężne i mieszkały w domu – układ niezwykły jak na standardy ich klasy, ale niosący ze sobą specyficzną teksturę ekonomicznej zależności i ograniczonych możliwości. Na zewnątrz Lizzie była wzorem wiktoriańskiego chrześcijańskiego ideału kobiecości. W wieku zaledwie dwudziestu lat została powołana do zarządu Szpitala w Fall River, uczyła w szkółce niedzielnej dzieci świeżo przybyłych imigrantów w Central Congregational Church, działała w Chrześcijańskiej Unii Wstrzemięźliwości Kobiet oraz w Stowarzyszeniu Chrześcijańskiego Dążenia. Publiczna Lizzie Borden była demonstracyjnie, wręcz wyzywająco, szacowna.

Domowa Lizzie Borden była czymś trudniejszym do scharakteryzowania. Relacja między nią a Abby ochłodziła się z chłodu w coś strukturalnego. Lizzie przez lata wierzyła, że Abby, córka handlarza z wózkiem, która dobrze wyszła za mąż, poślubiła Andrew głównie dla pieniędzy i pozycji społecznej. Czy było to trafne, czy niesprawiedliwe, miało mniejsze znaczenie niż fakt, że przekonanie Lizzie skrystalizowało się w coś nieprzeniknionego – odmawiała uznania Abby za matkę, korzystała z tylnych schodów, by uniknąć spotkania z nią we wspólnych pomieszczeniach domu, i rzadko jadała posiłki przy rodzinnym stole. W 1887 roku Andrew przekazał nieruchomość czynszową siostrze Abby w prezencie – akt, który obie córki zinterpretowały jako początek przekierowywania przez ojca majątku w stronę rodziny żony, z dala od ich własnego dziedzictwa. Lizzie i Emma odpowiedziały, żądając i otrzymując dom, w którym mieszkały przed 1871 rokiem, kupiony od Andrew za symbolicznego dolara. Zaledwie trzy tygodnie przed morderstwami, w transakcji, której dokładnej logiki finansowej historycy nigdy w pełni nie rozwikłali, siostry sprzedały nieruchomość z powrotem ojcu za pięć tysięcy dolarów. Pieniężne rozliczenia między kobietami z rodziny Borden a Andrew w latach poprzedzających 1892 rok przypominają mniej rodzinne interesy, a bardziej zimną wojnę toczoną w walucie nieruchomości.

Andrew Borden pozbywał się też rzeczy należących do Lizzie z beztroską graniczącą z pogardą. Na kilka tygodni przed morderstwami odkrył, że chłopcy z sąsiedztwa włamują się do rodzinnej stodoły. W stodole znajdował się gołębnik, który Lizzie sama zbudowała i pielęgnowała. Andrew ściął ptaki siekierą, by wyeliminować je jako powód włamań. Rozpacz Lizzie po zabiciu gołębi została odnotowana przez świadków w tamtym czasie. Fakt, że narzędziem, którego Andrew użył do uśmiercenia gołębi, była siekiera, miał później nabrać własnego złowrogiego znaczenia.

Tydzień, w którym pękły napięcia

Dni bezpośrednio poprzedzające 4 sierpnia 1892 roku niosły, patrząc z perspektywy czasu, logikę systemu zbliżającego się do granicy wytrzymałości. Domownicy zachorowali na początku sierpnia na ciężką chorobę żołądkową – uporczywe i gwałtowne wymioty, które dotknęły kolejno Andrew, Abby i służącą Bridget Sullivan. Lizzie zgłaszała jedynie lekkie złe samopoczucie. Abby, przestraszona nasileniem choroby, odwiedziła rodzinnego lekarza, dr. S.W. Bowena, i wyraziła obawę, że zostali celowo otruci przez wrogów Andrew. Lekarz zbagatelizował jej niepokój, przypisując chorobę niewłaściwie przechowywanej baraninie, którą rodzina spożywała przez kilka dni w sierpniowym upale. Czy domownicy padli ofiarą celowej, ale nieskutecznej próby otrucia, czy choroba była przypadkowa – to jedna z małych nierozstrzygniętych kwestii krążących wokół większej nierozstrzygniętej kwestii w centrum sprawy.

Wieczorem 3 sierpnia Lizzie złożyła wizytę swojej przyjaciółce Alice Russell. Podczas rozmowy mówiła, jak Russell później opisała, z poczuciem narastającej grozy – powiedziała przyjaciółce, że czuje, „jakby coś wisiało nade mną”, że wrogowie jej ojca, sprowokowani jego „nieuprzejmymi” interesami, mogą próbować go skrzywdzić lub spalić dom. Tę rozmowę można interpretować dwojako: jako autentyczny niepokój o niebezpieczeństwo, które czuła, że się zbliża, albo jako wyrachowaną próbę generalną, która zasiała w pamięci świadka ideę zewnętrznego zagrożenia, zanim stało się to konieczne. Alice Russell zapamiętała ją dokładnie i zeznawała o tym w sądzie.

YouTube video

Wcześniej tego samego dnia – 3 sierpnia 1892 roku po południu – Lizzie Borden weszła do Smith’s Drug Store i poprosiła ekspedienta o imieniu Eli Bence o dziesięć centów kwasu pruskiego, znanego również jako cyjanowodór. Wyjaśniła, że potrzebuje substancji do wyczyszczenia peleryny z foczej skóry. Kwas pruski jest jedną z najbardziej toksycznych substancji znanych farmakologii; nie jest środkiem czyszczącym do niczego. Bence, znając działanie substancji i zauważając, że Lizzie kupowała go wcześniej tylko na receptę, odmówił sprzedaży. Lizzie nie sprzeciwiła się temu, nie okazała recepty i wyszła ze sklepu.

Następnego ranka, 4 sierpnia 1892 roku, Andrew Borden i jego żona Abby zostali zabici siekierą we własnym zamkniętym domu.

Implikacje bliskości czasowej między nieudanym zakupem kwasu pruskiego a morderstwami nie są subtelne. Jeśli osoba próbuje zdobyć śmiertelną truciznę dzień przed tym, jak dwie osoby zostają zamordowane innym narzędziem, najbardziej ekonomiczną interpretacją jest to, że pierwsza metoda została wypróbowana i zawiodła lub stała się niedostępna, zmuszając mordercę do improwizowanego rozwiązania alternatywnego. Sędzia prowadzący proces uznał dowód z apteki za niedopuszczalny, uznając, że jest zbyt odległy w czasie od morderstw, by stanowić prawnie istotny dowód premedytacji. Ława przysięgłych nigdy nie usłyszała zeznań Eliego Bence’a. Czytelnik jednak właśnie je usłyszał i może wyciągnąć z nich wnioski, których prawo nie pozwoliło dwunastu mężczyznom wyciągnąć w czerwcu 1893 roku.

Półtorej godziny ciszy: Poranek 4 sierpnia

Morderstwa z 4 sierpnia 1892 roku rozegrały się ze zwięzłą i straszliwą precyzją, która sprawia, że teoria o zewnętrznym intruzie jest na swój sposób prawie niemożliwa do utrzymania. Oś czasu jest również powodem, dla którego sprawa nigdy nie została zamknięta.

John Morse, szwagier Andrew Bordena, spędził poprzednią noc w domu i zapewnił sobie żelazne alibi, wychodząc o 8:48 rano, by odwiedzić innych krewnych. Jego poranne ruchy zostały potwierdzone przez wielu niezależnych świadków. Sam Andrew udał się do swojego biura w centrum miasta krótko po 9:00 rano. W zamkniętym domu przy Second Street pozostały trzy osoby: Lizzie, Abby i Bridget Sullivan, irlandzka służąca, którą rodzina nazywała „Maggie” – imieniem poprzedniej służącej, używanym wobec Bridget bez troski o osobę, do której faktycznie należało – małe domowe okrucieństwo charakterystyczne dla atmosfery panującej w tym domu.

Bridget wyszła na zewnątrz około 9:00 rano, by umyć okna na parterze od zewnątrz – zajęcie, które zajęło jej około godziny. Gdy pracowała na zewnątrz, między 9:30 a 10:30 rano, Abby Borden poszła na piętro, do pokoju gościnnego, by pościelić łóżko. Została uderzona najpierw w bok głowy, upadła twarzą na podłogę i otrzymała dalszych siedemnaście ciosów w tył czaszki, leżąc twarzą w dół. W pokoju nie było śladów walki. Abby nie miała czasu zareagować. Atak wymagał osoby, która znała dom, wiedziała, gdzie będzie Abby, i była gotowa czekać.

Przez następne dziewięćdziesiąt minut ciało Abby Borden leżało na podłodze w pokoju gościnnym na piętrze, podczas gdy jej zabójca pozostał w zamkniętym domu. Bridget skończyła myć okna, weszła do środka i zamknęła drzwi wejściowe na zasuwkę. Andrew Borden wrócił z załatwiania spraw i zapukał do drzwi wejściowych, które zastał zamknięte. Bridget szarpała się z zacinającym się zamkiem. Ze szczytu schodów – schodów, których podest na piętrze znajdował się kilka stóp od drzwi pokoju, w którym leżało ciało Abby – dobiegł, jak Bridget później opisała, stłumiony śmiech lub chichot, który przypisała Lizzie. To zeznanie, które Bridget złożyła pod przysięgą, nigdy nie zostało zadowalająco wyjaśnione przez żadną alternatywną teorię zbrodni.

Andrewowi pomogli wejść do środka i usadzili go na sofie w salonie. Lizzie rozmawiała z nim krótko i powiedziała mu, że Abby otrzymała list o chorej przyjaciółce i wyszła z domu. List nigdy nie został znaleziony przez śledczych. Nigdy nie zidentyfikowano żadnego posłańca. Nigdy nie odnaleziono żadnej chorej przyjaciółki. Andrew położył się na sofie, by się zdrzemnąć; Bridget, skończywszy poranne obowiązki, poszła odpocząć do swojego pokoju na poddaszu na trzecim piętrze. W ciągu około piętnastu minut, które nastąpiły, osoba, która zabiła Abby Borden, weszła do salonu i uderzyła Andrew Bordena w twarz i głowę bronią przypominającą siekierę. Otrzymał od dziesięciu do jedenastu ciosów. Jeden rozciął mu lewe oko. Rany, gdy Bridget i sąsiedzi, którzy przybyli w ciągu kilku minut, znaleźli go, wciąż krwawiły świeżą krwią. Łączny czas, jaki upłynął między morderstwem Abby a morderstwem Andrew, wynosił od siedemdziesięciu pięciu do dziewięćdziesięciu minut.

Wtedy właśnie Lizzie zawołała do Bridget: „Zejdź szybko. Ojciec nie żyje. Ktoś wszedł i go zabił”.

Śledztwo i jego porażki

To, co nastąpiło w domu Bordenów po południu 4 sierpnia 1892 roku, było mniej śledztwem, a bardziej demonstracją tego, jak klasa społeczna i założenia dotyczące płci mogą systematycznie wypaczać mechanikę dochodzenia karnego. Większość policji w Fall River była na dorocznym letnim pikniku; jedyny funkcjonariusz, który odpowiedział na pierwsze wezwanie, w ciągu godziny znalazł się w mniejszości wobec dziesiątek oficerów, lekarzy, reporterów, sąsiadów i ciekawskich, którzy wszyscy przechadzali się po miejscu, które powinno być chronioną sceną zbrodni. Sprawa stała się jedną z pierwszych w historii Ameryki, w której wykorzystano fotografie miejsca zbrodni – obrazy, które dziś stanowią jedne z najbardziej uderzających wizualnych dokumentacji morderstw – ale poza tym obchodzenie się z dowodami fizycznymi było katastrofalne i w dużej mierze niemożliwe do powtórzenia.

Zachowanie Lizzie w godzinach po odkryciu zbrodni zaniepokoiło wielu, którzy się z nią zetknęli. Nie płakała. Jej opanowanie zostało odnotowane przez sąsiadów, lekarzy i oficerów. Podczas gdy otaczający ją ludzie byli wyraźnie zdenerwowani widokiem, ona pozostawała spokojna, jej ręce były nieruchome, a postawa opanowana. To opanowanie zostało wówczas odebrane jako nienaturalne – wiktoriański konsensus głosił, że prawdziwie pogrążona w żałobie córka zemdlałaby lub wpadła w histerię, a Lizzie nie zrobiła ani jednego, ani drugiego – a oskarżenie argumentowało później, że jest to dowód winy. Obrona przeformułowała to jako dowód charakteru i samokontroli. Żaden z tych argumentów w pełni nie wyjaśnia różnorodności sposobów, w jakie ludzie reagują na skrajny szok, ale brak okazywanej żałoby wywarł trwałe wrażenie na świadkach, którzy ją obserwowali.

Jej alibi na okres morderstwa Andrew zostało zbadane i uznane za głęboko nieprawdopodobne. Twierdziła, że spędziła od piętnastu do dwudziestu minut na poddaszu stodoły, szukając ołowianych ciężarków do wędek na planowaną wyprawę wędkarską. Śledczy, którzy weszli do stodoły, znaleźli podłogę poddasza pokrytą grubą, nietkniętą warstwą kurzu – żadnych odcisków stóp, żadnych śladów niedawnego przebywania. Poddasze w sierpniowym upale było, według wszystkich relacji, duszne. Podczas przesłuchań relacja Lizzie na temat tego, co robiła i gdzie była, zmieniała się w sposób, który oskarżenie skatalogowało z niemałą precyzją: w różnych momentach twierdziła, że była na podwórku, na poddaszu, pod poddaszem, jedząc gruszki, i szukała ciężarków w różnych miejscach. Niespójności nie były rozstrzygające w izolacji, ale kumulowały się.

Trzy dni po morderstwach, rankiem 7 sierpnia, Alice Russell odwiedzała dom Bordenów, gdy była świadkiem, jak Lizzie w kuchni systematycznie drze niebieską sztruksową sukienkę na paski i wrzuca kawałki do kuchennego pieca. Lizzie, zapytana, co robi, wyjaśniła, że sukienka została zniszczona plamą z farby i była zbyt stara, by ją trzymać. Russell, która później zeznawała na temat tego aktu, powiedziała wtedy Lizzie: „Nie robiłabym tego, gdybym była tobą”. Zniszczenie odzieży trzy dni po rozpoczęciu śledztwa w sprawie morderstwa – w którym centralnym pytaniem kryminalistycznym dla każdego śledczego było to, gdzie podziały się zakrwawione ubrania mordercy – jest jednym z najczęściej omawianych i najmniej rozstrzygalnych faktów w całej sprawie. Oskarżenie argumentowało, że było to wyrachowane ukrywanie dowodów. Obrona argumentowała, że to zbieg okoliczności i zły moment na domowe porządki. Żadna z interpretacji nie jest w pełni przekonująca; żadnej interpretacji nie można wykluczyć.

Wśród dowodów rzeczowych znalezionych w piwnicy policja znalazła dwie siekiery, siekierę z złamaną rękojeścią oraz głowicę siekiery bez rękojeści, której powłoka popiołu i kurzu wydawała się śledczym w tamtym czasie sztucznie nałożona, by symulować kurz z przechowywania. Ta głowica stała się głównym kandydatem na narzędzie zbrodni. Gdy chemik z Uniwersytetu Harvarda przeanalizował ją i inne znalezione narzędzia podczas procesu, zeznał, że jego badanie nie wykazało śladów krwi na żadnym z przedmiotów. Bez krwi na narzędziu oskarżenie nie miało fizycznego punktu zaczepienia dla morderstw.

Śledztwo zostało dodatkowo skompromitowane przez wyraźną uległość, jaką policja okazywała Lizzie jako kobiecie z jej klasy. Przyznali później w sądzie, że nie przeprowadzili właściwego przeszukania sypialni Lizzie w dniu morderstw, ponieważ „źle się czuła” – uległość wobec jej płci i pozycji społecznej, która byłaby niewyobrażalna w przypadku podejrzanego z innego środowiska. Zanieczyszczone miejsce zbrodni, niedostateczne przeszukanie i brakujące dowody są bezpośrednimi produktami tych samych kodów społecznych, które, w argumentacji obrony, uczyniły Lizzie Borden konstytucyjnie niezdolną do morderstwa.

Proces wiktoriańskiej kobiety

Lizzie Borden została aresztowana 11 sierpnia 1892 roku. Jej proces rozpoczął się w gmachu sądu w New Bedford w czerwcu 1893 roku i stał się narodowym spektaklem tego roku – prekursorem każdego głośnego procesu karnego, który nastąpił w amerykańskim życiu publicznym, w którym publiczny wizerunek oskarżonej, starannie zarządzany i społecznie czytelny, rywalizował z dowodami o uwagę ławy przysięgłych. Gazety wysłały reporterów z całego kraju. Prasa w Fall River podzieliła się ostro wzdłuż linii klasowych i etnicznych: robotnicze irlandzkie katolickie gazety konsekwentnie argumentowały za winą Lizzie; establishmentowe gazety reprezentujące protestancką jankeską elitę, której była członkinią, broniły jej niewinności z równie konsekwentną stanowczością. Proces nie był jedynie postępowaniem mającym ustalić, czy jedna kobieta popełniła dwa morderstwa. Był to spór o to, która wersja rzeczywistości społecznej zostanie zatwierdzona wyrokiem.

Zespół oskarżycielski prokuratora okręgowego Hosei Knowltona i przyszłego sędziego Sądu Najwyższego Williama H. Moody’ego stanął przed strukturalnym problemem od początku sprawy: cały ich argument opierał się na poszlakach. Nie mieli zakrwawionych ubrań. Nie mieli narzędzia zbrodni z wykrywalną krwią. Nie mieli przyznania się do winy. Nie mieli naocznego świadka żadnego z morderstw. Mieli za to przekonującą logikę – motyw (dziedzictwo i narastająca uraza), okazję (obecność w zamkniętym domu podczas obu morderstw), niespójne zeznania, zniszczenie sukienki oraz zeznania Alice Russell o paleniu sukienki. I mieli dowód z kwasem pruskim, który był najbliższym dowodem premedytacji, jaki posiadało oskarżenie. Następnie sędzia uznał go za niedopuszczalny. Oskarżenie prowadziło sprawę bez swojego najbardziej druzgocącego dowodu.

Zespół obrony, prowadzony przez byłego gubernatora Massachusetts George’a D. Robinsona z jasnością strategicznego celu, która od tamtej pory jest podziwiana, przedstawił jeden niepodważalny argument: ława przysięgłych miała uwierzyć, że pobożna, wykształcona, dobroczynna, łagodna chrześcijanka o ugruntowanej szacownej pozycji – nauczycielka w szkółce niedzielnej, członkini zarządu szpitala, parafianka – była fizycznie i moralnie zdolna do zadźgania siekierą swojej macochy i ojca, usunięcia lub zniszczenia wszystkich zakrwawionych dowodów ze swojej osoby i ubrania w ciągu dziesięciu do piętnastu minut między morderstwami a wezwaniem Bridget, a następnie kierowania śledztwem z wystarczającym opanowaniem, by oszukać dom pełen policjantów. Mowa końcowa Robinsona zwróciła się do ławy przysięgłych w zrozumiałych dla nich słowach: „Aby uznać ją za winną, musicie uwierzyć, że jest potworem. Czy ona na takiego wygląda?”

Nie wyglądała. Siedziała przez cały proces w stosownej żałobnej sukni, z opanowaną postawą, a jej religijne referencje były w pełni wyeksponowane. Wiktoriańska umowa społeczna, która ograniczała jej życie, była na sali sądowej również jej najskuteczniejszą tarczą. Ława przysięgłych składająca się wyłącznie z mężczyzn – produktów tej samej kultury, która zbudowała dom, w którym mieszkała, kodów społecznych, przeciwko którym się buntowała, konwencji płciowych, które czyniły pewne czyny dosłownie nie do pomyślenia, gdy przypisano je pewnym typom kobiet – miała zignorować to, co widziała na własne oczy.

20 czerwca 1893 roku, po obradach trwających nieco ponad godzinę, ława przysięgłych wydała wyroki uniewinniające we wszystkich zarzutach. Lizzie Borden opadła na krzesło. Później powiedziała reporterom, że jest „najszczęśliwszą kobietą na świecie”.

Wyrok i to, co faktycznie rozstrzygnął

Uniewinnienie nie rozstrzygnęło pytania. Skrystalizowało je. Ława przysięgłych uznała – zgodnie z prawem stosowanym przez sędziego prowadzącego i na podstawie instrukcji dla ławy tak korzystnych dla obrony, że historycy prawa debatują od tamtej pory, czy w efekcie nakazywały one uniewinnienie – że oskarżenie nie udowodniło winy Lizzie Borden ponad wszelką wątpliwość. To nie to samo, co uznanie jej za niewinną. To rozróżnienie ma znaczenie w prawie, a dla celów życia ze sprawą przez ostatnie sto trzydzieści trzy lata ma znaczenie w historii.

Poszlakowa logika wskazująca na winę Lizzie pozostaje, po ponad stu trzydziestu latach, najbardziej spójnym dostępnym wyjaśnieniem tego, co wydarzyło się w zamkniętym domu przy Second Street. Dziewięćdziesięciominutowa przerwa między morderstwem Abby a morderstwem Andrew mocno przemawia przeciwko temu, by zewnętrzny intruz popełnił obie zbrodnie w jednym ciągłym akcie i uciekł: zabójca czekał, wewnątrz domu, przez półtorej godziny. Dom był zamknięty od środka, gdy Andrew wrócił do domu i musiał zapukać, by wejść – fakt, który teoria intruza musi wyjaśnić, ale nie może w zadowalający sposób. Jedynymi osobami, które miały dostęp do obu ofiar w odpowiednich przedziałach czasowych, były Lizzie i Bridget. Alibi Bridget na okres morderstwa Abby jest solidne – była na zewnątrz, myjąc okna. Podczas morderstwa Andrew była na górze, na poddaszu, co umieszcza ją dalej od salonu niż Lizzie. Emma była tego dnia w Fairhaven, a jej nieobecność została potwierdzona przez wielu niezależnych świadków.

Porażki oskarżenia były jednak realne. Chemik z Harvardu nie znalazł krwi na znalezionej głowicy siekiery. Nigdy nie znaleziono zakrwawionych ubrań. Instrukcje sędziego dla ławy przysięgłych były tak bardzo nachylone w stronę obrony, że kwestia prawna, czy Lizzie Borden otrzymała uczciwy proces – w sensie procesu, w którym dowodom nadano pełną wagę – jest od tamtej pory przedmiotem debaty. Zeznania o kwasie pruskim, jedyny dowód, który mógłby wykazać premedytację i powiązać wydarzenia z 3 sierpnia z wydarzeniami z 4 sierpnia, zostały wykluczone. Bez niego łańcuch poszlak, choć sugestywny, miał lukę w swoim najważniejszym ogniwie.

To, co proces Borden również unaocznił – z coraz większą jasnością w miarę upływu dziesięcioleci – to stopień, w jakim system wymiaru sprawiedliwości w sprawach karnych z 1893 roku był nie tylko mechanizmem do ustalania winy lub niewinności, ale instytucją społeczną ukształtowaną przez i odzwierciedlającą założenia klasowe i płciowe swojej kultury. Zamożna jankeska protestantka w średnim wieku, parafianka i działaczka charytatywna, nie mogła – zgodnie z obowiązującą logiką wyobraźni społecznej swojej epoki – popełnić dwóch morderstw siekierą. Ława przysięgłych uniewinniła nie przede wszystkim dlatego, że dowody były prawnie niewystarczające, choć można rozsądnie argumentować, że były; uniewinnienie zostało zapewnione częściowo dlatego, że skazanie Lizzie Borden wymagałoby od dwunastu mężczyzn uwierzenia w coś, czego całe ich wychowanie nauczyło ich, że jest niemożliwe. Nie mogła być potworem. Nie wyglądała na takiego. Pozwolili jej odejść.

Maplecroft: Życie, które sobie kupiła

Uniewinnienie dało Lizzie Borden wolność i pieniądze ojca. Ona i Emma odziedziczyły majątek, opuściły 92 Second Street w ciągu kilku miesięcy i kupiły dużą, elegancką rezydencję w stylu królowej Anny na The Hill – w dzielnicy, w której Lizzie zawsze chciała mieszkać, w dzielnicy, którą oszczędność ojca uczyniła niedostępną za jego życia. Nazwała dom „Maplecroft”, zaczęła nazywać siebie „Lizbeth” i umeblowała swój nowy dom wszystkimi nowoczesnymi udogodnieniami – bieżącą wodą, elektrycznością, liczną służbą – których odmówiono jej na Second Street. Dotarła, według miar, które miały dla niej znaczenie, do życia, którego wydawała się pragnąć.

Fall River miało swój własny wyrok i nie zmienił się. Pomimo jej prawnej niewinności, społeczny osąd społeczności został wydany natychmiast i egzekwowany na stałe. Dawni przyjaciele porzucili ją. Gdy uczęszczała do Central Congregational Church – instytucji, której służyła przez lata jako nauczycielka w szkółce niedzielnej i członkini zarządu – wierni opróżniali ławki w jej pobliżu. W końcu przestała chodzić. Dzieci rzucały żwirem i jajkami w Maplecroft i dzwoniły do drzwi na odwagę. Dzielnica, która miała reprezentować jej społeczny awans, stała się zamiast tego jej społecznym więzieniem; poruszała się po mieście powozem z zaciągniętymi zasłonami, by uniknąć spojrzeń tych, którzy ją rozpoznawali, a rozpoznawali ją wszyscy. Pozłacana klatka w Maplecroft miała inne wymiary niż ta na Second Street, ale była to klatka.

W 1897 roku została oskarżona, choć nigdy formalnie nie postawiono jej zarzutów, o kradzież sklepową w Providence w stanie Rhode Island – incydent, który ci, którzy zakładali jej winę, uznali za potwierdzenie, a ci, którzy bronili jej niewinności, odrzucili jako produkt uprzedzeń policjanta, który rozpoznał jej nazwisko. Incydent wywołał kolejną falę doniesień prasowych i kolejną warstwę szkód społecznych, z których się nie podniosła.

Najbardziej widocznym aktem społecznego buntu w jej późniejszych latach była przyjaźń z aktorką sceniczną Nance O’Neil. Relacja była intensywna w sposób, który Fall River na początku XX wieku odczytywało jasno: obie kobiety były często widywane razem, podróżowały razem, a przywiązanie Lizzie do O’Neil było przedmiotem znacznych plotek prasowych, które używały, jak na tamtą epokę, najbardziej bezpośredniego dostępnego języka. Kiedy Lizzie wydała wystawną kolację w Maplecroft dla O’Neil i jej trupy teatralnej w 1905 roku, najwyraźniej przekroczyła granicę, której Emma nie chciała do tej pory uznać. Emma Borden, która stała u boku siostry przez proces, uniewinnienie, pierwsze lata ostracyzmu i każdą kolejną trudność społeczną, wyprowadziła się z Maplecroft nagle i na stałe. Nigdy więcej nie rozmawiała z Lizzie. Gdy reporter zapytał Emmę, dlaczego odeszła, powiedziała tylko, że „warunki stały się absolutnie nie do zniesienia”. Nie rozwinęła tematu. Cokolwiek zrozumiała w ciągu dwunastu lat od morderstw, zabrała to ze sobą do grobu, nie dzieląc się tym.

Lizzie Borden przeżyła pozostałe dwadzieścia dwa lata swojego życia w Maplecroft w wycofaniu, które trudno było odróżnić od oblężenia. Utrzymywała służbę domową, podróżowała okazjonalnie do Bostonu i Waszyngtonu i obserwowała, jak kultura za jej oknem powoli przekształca wydarzenia z 4 sierpnia 1892 roku w coś innego niż podwójne morderstwo. W zagadkę. W rymowankę. W rozrywkę.

Grób i pytanie

Lizzie Borden zmarła w Maplecroft 1 czerwca 1927 roku w wieku sześćdziesięciu sześciu lat na powikłania zapalenia płuc po roku pogarszającego się zdrowia. Została pochowana na rodzinnym cmentarzu Bordenów na Oak Grove Cemetery w Fall River, pod imieniem, które sama sobie wybrała: Lisbeth Andrews Borden. Emma Borden – która wyprowadziła się dwadzieścia dwa lata wcześniej i spędziła te lata w pobliskim Newmarket w New Hampshire, bez udokumentowanego kontaktu z siostrą – zmarła 10 czerwca, dziewięć dni po Lizzie. Pojednanie, do którego nie doszło za ich życia, pozostało niedokonane, gdy obie były martwe.

Majątek pozostawiony przez Lizzie, wyceniony na około dwieście tysięcy dolarów w 1927 roku, został rozdzielony głównie na cele charytatywne, które wspierała za życia, w tym Animal Rescue League of Fall River i YWCA. Dom przy 92 Second Street, po przejściu przez kilku właścicieli i wcieleniach, został otwarty w 1996 roku jako pensjonat i muzeum. Pokój, w którym zmarła Abby Borden, jest dostępny do rezerwacji na nocleg. Dom sprzedaje swoją historię jako główną atrakcję, co jest swego rodzaju zakończeniem, do którego sama sprawa zdawała się przygotowywać przez cały czas.

Alternatywni podejrzani i argumenty za wątpliwością

Sprawa przeciwko Lizzie Borden zawsze była poszlakowa, a poszlakowa sprawa przeciwko każdemu alternatywnemu podejrzanemu była na ogół jeszcze cieńsza. Bridget Sullivan, obecna w domu i dźwigająca własne brzemię jako irlandzka imigrantka służąca w gospodarstwie domowym, w którym zwracano się do niej cudzym imieniem, była przedmiotem okresowych ponownych rozważań naukowych, a niektórzy historycy sugerują, że jej zeznania mogły być kształtowane przez motywy inne niż czysta dokładność. John Morse, którego alibi na 4 sierpnia było niepodważalne, pojawiał się w niektórych teoriach jako planista lub współsprawca. Relacja Arnolda Browna, Lizzie Borden: The Legend, the Truth, the Final Chapter (1991), która sugerowała nieślubnego przyrodniego brata Lizzie jako rzeczywistego mordercę, przyciągnęła znaczną uwagę po publikacji i nie uzyskała trwałej akceptacji naukowej.

Historyk prawa David Kent, pracując na pełnych oryginalnych aktach sądowych, doszedł do wniosku, że wynik ławy przysięgłych mógłby być inny, gdyby usłyszała zeznania o kwasie pruskim wraz z resztą materiału poszlakowego. To spekulacje kontrfaktyczne, ale takie, które znajdują poparcie w dowodach. To, co sprawa faktycznie pokazuje – z kwasem pruskim lub bez – to fakt, że system wymiaru sprawiedliwości w sprawach karnych z 1893 roku był instytucją społeczną w równym stopniu co prawną, zdolną do wydawania wyników, których wymagały założenia społeczne epoki. To, czy wyniki te odzwierciedlały sprawiedliwość, to inne pytanie i takie, na które nie ma czystej odpowiedzi.

Kultura Lizzie Borden

Żadna amerykańska sprawa karna z XIX wieku nie wygenerowała pośmiertnego życia kulturalnego porównywalnego z tym Lizzie Borden. Rymowanka ze skakanką – „Lizzie Borden wzięła siekierę, dała matce czterdzieści razy; gdy zobaczyła, co zrobiła, dała ojcu czterdzieści jeden” – podaje błędną liczbę ciosów, opisuje Abby jako „matkę” Lizzie, a nie macochę, i przetrwała jako element amerykańskiej pamięci ludowej od ponad wieku. Jej przetrwanie nie jest świadectwem historycznej dokładności. Jest świadectwem czegoś innego: sposobu, w jaki sprawa zawsze funkcjonowała jako tekst kulturowy, a nie jedynie jako zapis zbrodni, absorbując i odzwierciedlając lęki każdej epoki, która do niej powraca.

Balet Agnes de Mille z 1948 roku Fall River Legend był jednym z najwcześniejszych artystycznych opracowań sprawy, transponując ją w idiom amerykańskiego psychologicznego realizmu w ruchu i nadając Lizzie tragiczną wewnętrzność, której zapis historyczny jest zbyt niekompletny, by potwierdzić lub zaprzeczyć. Sztuka Sharon Pollock z 1980 roku Blood Relations zaoferowała to, co stało się definiującym feministycznym przeformułowaniem: Lizzie jako kobieta, której gniew na warunki jej życia domowego miał zarówno historyczne uzasadnienie, jak i konsekwencje, morderstwa mniej jako zbrodnia, a bardziej jako erupcja uzasadnionej furii przeciwko systemowi ograniczeń, który nie miał innego wyjścia. Rockowy musical Lizzie, który był wystawiany w różnych produkcjach od lat 90. XX wieku i był wykonywany w Korei Południowej w 2020 i 2022 roku, doprowadza feministyczną interpretację do jej najbardziej teatralnej skrajności, prosząc publiczność o wiwatowanie.

W filmie i telewizji sprawa była interpretowana w radykalnie różnych rejestrach tonalnych. The Legend of Lizzie Borden (1975) Elizabeth Montgomery przedstawiła argument za winą ze znaczną siłą i przyniósł swojej gwieździe nominację do nagrody Emmy. Film Lifetime Lizzie Borden Took an Ax (2014) z Christiną Ricci podszedł do sprawy jako thriller pulpowy. Film fabularny Craiga Williama Macneilla Lizzie (2018) z Chloë Sevigny jako Lizzie Borden i Kristen Stewart jako Bridget Sullivan zasugerował, że lesbijski romans między dwiema kobietami był emocjonalnym motorem morderstw – interpretacja, której zapis historyczny ani nie potwierdza, ani definitywnie nie zaprzecza – i przyniósł Sevigny nagrodę dla najlepszej aktorki na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Locarno. Sprawa zawsze działała w ten sposób: jako powierzchnia, na którą kolejne pokolenia projektują pytania o kobiety, pożądanie, ograniczenia i władzę, które ich własne czasy uznają za najbardziej palące. Luki w dowodach są, paradoksalnie, źródłem jej kulturowego bogactwa. Rozwiązana sprawa ma odpowiedź. Sprawa Borden pozostała pytaniem, a pytania są bardziej przydatne dla sztuki niż odpowiedzi.

Monster i wrześniowe rozliczenie 2026 roku

Najbardziej znaczące kulturowo zaangażowanie w Lizzie Borden w obecnym momencie nastąpi 17 września 2026 roku, kiedy Netflix wypuści wszystkie osiem odcinków Monster: The Lizzie Borden Story, czwartej odsłony antologii true crime Ryana Murphy’ego i Iana Brennana. Serial jest, pod każdym komercyjnym względem, ważnym wydarzeniem: marka Monster wygenerowała ogromną oglądalność w swoich pierwszych trzech sezonach, poświęconych Jeffreyowi Dahmerowi, Tedowi Bundy’emu i morderstwom Mansona, i ugruntowała swoją pozycję jako dominujący format, za pośrednictwem którego amerykańska publiczność streamingowa przetwarza najbardziej ekstremalne historie kryminalne swojego kraju.

Wybór Lizzie Borden jako tematu sezonu 4 niesie ze sobą własny argument. Podczas gdy pierwsze trzy sezony wybrały męskich zabójców, którzy pasowali do dominującego archetypu amerykańskiego seryjnego mordercy – charyzmatycznego, drapieżnego, skłonnego do przemocy jako dominacji – Lizzie Borden burzy każdą kategorię, od której ten archetyp zależy. Była kobietą. Była szacowna. Była parafianką. Jeśli zabiła, zabiła dwa razy, we własnym domu, ludzi, z którymi mieszkała i którzy kontrolowali jej życie. Franczyza Monster określiła ją w swoich materiałach promocyjnych jako swojego „pierwszego żeńskiego potwora”, a to określenie działa na kilku poziomach jednocześnie: uznaje rzadkość występowania sprawczyń w głośnych narracjach true crime, pozycjonuje serial jako feministyczną interwencję i implicite zadaje pytanie, czy „potwór” w ogóle ma zastosowanie do osoby, której działania, jeśli je popełniła, można by wyjaśnić jako opór wobec konkretnej i udokumentowanej formy domowej niewoli.

Ella Beatty, aktorka wykształcona w Juilliard i córka Warrena Beatty’ego i Annette Bening, gra Lizzie. Jej poprzednią pracą o najwyższym profilu była rola w serialu Murphy’ego Feud: Capote vs. the Swans, co nadaje castingowi rodzaj instytucjonalnej spójności, a także stanowi wyraz zaufania do jej zdolności do udźwignięcia roli, która przyciągała wielkie talenty w całej swojej historii kulturowej. Charlie Hunnam i Rebecca Hall grają Andrew i Abby Borden; Vicky Krieps, której praca w Phantom Thread pokazała jej zdolność do utrzymania się w okresie kontrolowanego napięcia psychologicznego, gra Bridget Sullivan. Sarah Paulson pojawia się w roli, którą opublikowane materiały łączą z Aileen Wuornos – powiązanie, którego pełna narracyjna logika wyłoni się, gdy odcinki będą dostępne do obejrzenia. Scenariusz Brennana skłania się w stronę języka fantazji i wyzwolenia, który feministyczna tradycja interpretacyjna sprawy zawsze sugerowała: „gdy stłumiona córka zamożnej nowoangielskiej rodziny i jej zbuntowana służąca znajdują się uwięzione w domu zbudowanym na upokorzeniu i okrucieństwie, uciekają w fantazję o seksie, władzy i zemście”, jak głosi sformułowanie w promocyjnym streszczeniu Netflixa.

To nie zadowoli historyków, którzy słusznie zauważają, że rzeczywisty zapis historyczny nie potwierdza konkretnej narracji wyzwolenia, którą serial wydaje się opowiadać. Zadowoli jednak coś innego: trwałą kulturową potrzebę opowiadania historii Lizzie Borden nie jako postępowania sądowego z niewystarczającym wynikiem, ale jako czegoś większego – historii o tym, do czego kobiety w ograniczonych okolicznościach są zdolne, czego mogłyby legalnie chcieć być zdolne i co właściwie rozstrzygnął wyrok z 1893 roku. A w tej ostatniej kwestii – bardzo niewiele.

Dom przy 92 Second Street wciąż stoi w Fall River, działając od 1996 roku jako pensjonat i muzeum, które pobiera opłatę za wstęp, by spać w pokoju, w którym zmarła Abby Borden, i przejść po parterze, gdzie znaleziono Andrew Bordena na jego sofie. Maplecroft, rezydencja, którą Lizzie kupiła za spadek i w której zmarła samotnie, została uznana za historyczny zabytek Fall River w 2013 roku. Miasto, które przez trzydzieści lat czyniło życie Lizzie Borden tak społecznie niewygodnym, jak to tylko możliwe, nie łamiąc żadnych praw, teraz pobiera opłaty za wstęp do pomieszczeń, w których wydarzyła się ta historia. Historia, podobnie jak uniewinnienie, daje jedną ręką, a odbiera drugą.

To, co Monster: The Lizzie Borden Story da widzom we wrześniu 2026 roku, to najnowsza wersja czegoś, co było produkowane w amerykańskiej kulturze, w takiej czy innej formie, nieprzerwanie od sierpnia 1892 roku: próba spojrzenia na Lizzie Borden i zdecydowania, kim była. Oryginalna ława przysięgłych poradziła sobie z tym samym zadaniem w nieco ponad godzinę. Reszta z nas miała sto trzydzieści cztery lata i wciąż nie możemy się zgodzić. Siekiera pozostawiła pytanie otwarte, a pytanie pozostało otwarte, a 17 września nowe pokolenie będzie miało osiem godzin, by się z nim zmierzyć i znaleźć własną odpowiedź, która również nie będzie tą właściwą, ponieważ nie ma jednej właściwej – jest tylko samo pytanie, które nie daje się, jak zawsze, zamknąć.

Tagi: , , , , ,

Wyróżnione wiadomości — The Unbelievable True Story of Lizzie Borden.. She Was a Sunday School Teacher Who Hacked Her Parents to Pieces. Or Did She?

Dyskusja

Jest 0 komentarzy.